środa, 4 lipca 2018

Trujące pestki, czyli "Ekran kontrolny" Dehnela

Znany i lubiany Jacek Dehnel, poeta, prozaik, tłumacz, felietonista, malarz i tropiciel wszelkich polskich zaściankowych patologii (nietolerancji wobec środowisk LGBT i mlaskania przy obiedzie) został wprowadzony do polskiej poezji za sprawą słów, jakie Czesław Miłosz o nim napisał:

„Pojawienie się nowego i niewątpliwie prawdziwego poety jest zawsze rzeczą radosną (…). Poetyka jego wierszy jest mi bliska i nie ukrywam, że ona to skłoniła mnie do tego pochlebnego sądu”.

Można tylko pomarzyć o podobnym liście polecającym. Ja jednak od dawna zastanawiam się, jak dzisiaj Miłosz odniósłby się do poetyckich propozycji autora "Żywotów równoległych"? I choć wątpliwość ta zasługuje na przeniesienie dyskusji w przestrzenie science fiction, to jednak mnie coś podpowiada, że Noblista ostrożniej wyraziłby swój zachwyt.

Miłosz nie jeden raz wyrażał przekonanie, że poezja ma czemuś służyć i nie jest to jakieś fiu bździu filuterne składać wersy, a z wersów zwrotki. Poezja ma ocalać - nie tylko przed rozpłynięciem się w nieistnieniu (stąd u Miłosza cała galeria postaci, którym poeta pozwolił przetrwać dzięki wierszom właśnie), ale również ocalenie ma być tożsame z utrzymaniem wiary w sens, ład, porządek rzeczywistości. Nie lada siły ducha potrzeba było, aby nie zgasić tlących się po koszmarze wojny światowej nadziei i wiary. Miłosz, który być może udawał przed czytelnikami gieroja, "oficjalnie" nigdy nie zapisał się do klubu nihilistów. Nigdy nie zwątpił w fundamenty, choćby rozrywane były one kolejnymi detonacjami. 

Oczywiście, miał on swoją "ciemne noce", opisane chociażby we wstrząsającym tomie "To", w którym przyznawał, że wszystkie jego zachwyty światem były zaledwie ćwiczeniem stylistycznym. A jednak poeta nigdy nie pozwalał sobie na podkopywanie wiary u swoich czytelników, stał raczej na straży kruchej warowni, w której przed ofensywami bezsensu broniły się wartości.

A Dehnel? Cóż, to taki odpowiednio pomniejszony rewers Miłosza. Poeta, który w kunsztownej formie nawet nie wątpi, ale neguje wszystko to, czego oczy nie widzą. Nie ma żadnej (korzystając ze słów Miłosza) "podszewki świata", nie istnieją żadne pocieszające widoki na przyszłość (pozagrobową), nie ma oparcia w wierze, bo ta jest ucieczką donikąd dla maluczkich i naiwnych.



Czytając "Ekran kontrolny", tom Dehnela wydany w 2009 roku (kto czyta jeszcze takie starocie???), miałem narastające wrażenie, że opisuje on młodego sytego kocura, który dochrapał się swojego terytorium łowieckiego, rzetelnie wyznaczył jego granice, a teraz wystarczy podnieść mu łapę, by tłusta mysz wylądowała w jego paszczęce. Dużo, dużo tutaj zadowolenia z życia (partner, powodzenie, pieniądze, spacery, podróże), które Dehnel niemal każdorazowo podważa przeczucie zmiany, wypalenia lub końca. Szczęście nie jest dane raz na zawsze, a dobra passa, im dłużej trwa, ty silniej może zwiastować pełznącą powoli katastrofę. Ta nieufność to akurat całkiem spoko świadomość. Lepiej się nie przyzwyczajać do niczego - też tak sobie czasem myślę.

Gorzej jednak Dehnel mi brzmi w tych miejscach, gdzie próbuje namysłu (filozoficznego? Ok, tak na poziomie liceum, klasy humanistycznej) nad egzystencją człowieka. Jego myśl krąży po tych samych orbitach, po których rozkminy barokowych poetów metafizycznych. Dehnel wygląda tak, jakby ktoś dał mu raz popatrzeć przez mikroskop, raz przez lunetę, a potem podsunął kartkę i zostawił, by poetycko opisał swoje wrażenia.

No i mamy - gęsty jak syrop pesymizm, który nakazuje poecie uświadamiać czytelnika o tym, że kosmos jest martwy i bezduszny, nasza planetka bezbronna wobec kłębiących się wokół ślepych sił, nasze życie jest krótkie i ulotne, a więc? Barokowi poeci mieli przynajmniej fundament w postaci wiary, że ludzka egzystencja przypomina połączenie telefoniczne - mimo urwanej rozmowy, ktoś/coś jednak istnieje po drugiej stronie. Największy Rozmówca. Dla Dehnela zaś życie to ciągłe wybieranie nieistniejącego numeru telefonu.

Stąd też umniejszanie rangi człowieka, delikatnie wyczuwalna (ale obecna) mizantropia. Kunsztowny śmiech z religijności. Tęsknota za mgławicową "czułością", która jest bezpieczna, dużo bardziej komfortowa niż wiara, miłość, nadzieja. Przeświadczenie o tym, że to sztuka może dać namiastkę "zbawienia", czymkolwiek według Dehnela może ono być.

Oczywiście, Dehnel jest znakomitym rzemieślnikiem i tworzy frazy silne, chwytliwe i mogące (a nawet chcące) się podobać, a jednak pod powierzchnią wersów płynie strumień smutku, żalu, niewiary. Co najgorsze, wiersze są tak dobrze przyrządzone, że czytelnik nie poczuje trucizny, którą mu się podaje.

Kończące te moje niezgrabne rozważania, nie mogę nie wspomnieć o zamykającym tom cyklu sonetów. Cóż, lekturę tych dwunastu sonetów można zastąpić jednym wierszem Herberta "Pan Cogito czyta gazetę." Radzę spróbować...

O, takie porównanie przyszło mi do głowy - "Ekran kontrolny" jest jak czereśnia. Można zjeść wszystko dookoła pestki, a pestkę wypluć jak najdalej.

2 komentarze:

  1. Przypominam nieśmiało, że jakiś czas temu zasugerowałem Ci w komentarzach, żebyś zgotował nam przegląd dobrej współczesnej polskiej poezji, a Ty pozytywnie odniosłeś się do tego pomysłu. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I nawet poczyniłem wstępne rozpoznania, konsultowałem się, ale ogarnianie pola wciąż trwa.
      Dziękuję za przypomnienie.

      Usuń