niedziela, 9 czerwca 2019

Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj, czyli "Po piśmie" Dukaja

Im dłużej czytałem eseje Jacka Dukaja zebrane w tomie "Po piśmie", tym silniej czułem... No właśnie nie wiem... Najlepszą metaforą chyba będzie obraz wpatrującego się w prognozę pogody nieszczęśnika, który obserwuje zbliżające się do jego miasta tornado. Wie, że powinien coś zrobić - uszczelnić dach, zabić deskami okna, zgromadzić zapasy, zabezpieczyć zapałki i tuzin świec. Wymagana jest reakcja, postawa aktywna, ale czy to powstrzyma huragan? Nie. Ewentualnie zminimalizuje straty w jednym konkretnym wycinku rzeczywistości. Niewiele więcej. Czarne chmury i tak zasnują całe niebo.

(Tylko czy to są chmury, co widzimy? I czy na pewno czarne?)

Brzmi to fatalistycznie, a ja się bronię przed podobną reakcją. Sam Dukaj zresztą również nie rwie włosów z brody i nie rozdziera szat. Stara się być zdystansowany, chociaż czujny, jak synoptyk.



Wbrew pozorom przewidywania Dukaja nie są apokaliptyczne - tam, gdzie sięga wzrok autora, rozciąga się kraina Wiecznej Rozrywki (duże litery moje) - to jest punkt docelowy rozwoju człowieka, meta, do której biegnie nasza cywilizacja  od samego początku istnienia. Romantyczny humanista, pielęgnujący szlachetne wartości idealista, obruszy się na takie dictum, ale nie może zamykać oczu na rzeczywistość. Homo sapiens = homo ludens. Nie ma wyjątku od tej reguły.

Szlifowana od starożytności technologia (w tym oczywiście cała kultura) sieje tylko tyle wątpliwości i dramatów egzystencjalnych, ile trzeba, by człowiek mógł poczuć zadowolenie  z ich przewalczenia. Cała reszta to słodkie opium, w którego coraz gęstszych oparach będziemy się jako cywilizacja unosić. 

Technologia wyręczy nas we wszystkim, odpowie na każdą potrzebę, podsunie rozwiązanie zanim uświadomimy sobie, że mamy problem, czujemy niedostatek. Technologia zyska (jeśli już nie zyskała) samoświadomość, dzięki której precyzyjnie uformuje potrzebne nam produkty kulturowe. Używane przez Dukaja określenie Logos obsługuje chociażby Hollywood, które dochrapało się tak precyzyjnych narzędzie produkcji dzieł filmowych, że można zaryzykować następujące stwierdzenie - Fabryka Snów to troskliwie dobierająca materiały (scenariusze, reżyserów, aktorów, kompozytorów...) Istota, która dostarcza ludziom wyczekiwane przez nich produkty. Czeka nas wiele takich Istot obsługujących literaturę, muzykę, malarstwo... 

(Tak sobie myślę, czy w ten sposób nie zinterpretować najsilniejszych symboli Franza Kafki - Prawa i Administracji? Technika - w tym przypadku sądu i administracji - wytworzyła własną świadomość, której narzędziami są ludzie pilnujący, by Józef K. został skazany, a K. nie dostał się nigdy do zamku?)

Czarną wizją wszelkich konserwatystów, prawicowców spod znaku Korwina i Spółki, jest opcja dochodu gwarantowanego. W świecie jutra, gdy 3/4 pracy wykonywać będą maszyny, ludzka praca przestanie być potrzebna. Praca przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie - nikogo nie uszlachetni, niczego nie popchnie do przodu, nie wypełni sensem niczyjej egzystencji. I jeżeli uda nam się rozwiązać problem energii (a coś czuję, że się uda), to masy ludzkie potrzebowały będą tylko i wyłącznie Rozrywki, by zrobić cokolwiek ze swoim życiem i się nie osunąć w czarną dziurę nihilizmu, skąd wygrzebać można się jedynie popełniając samobójstwo. Ludzie, mając do dyspozycji gwarantowane minimum socjalne oraz coraz łatwiejszy i tańszy dostęp do zdobyczy techniki, wypełnią tysiącami rozrywek nudę egzystencji. Czekają nas niewyobrażalne rozkosze ducha, cytuję niewiernie Dukaja, i nie będą mieć one zbyt wiele wspólnego z jakąkolwiek tradycyjnie rozumianą religią.

Sam człowiek oczywiście będzie tworzył samego siebie - nie tylko modyfikował dowolnie własne ciało, związaną z nim seksualność, pamięć, odruchy etc. Mechanizmy zapożyczone z Facebooka pozwolą człowiekowi na dowolne manipulowanie postrzeganą rzeczywistością. Jeżeli możemy kogoś usunąć z grona znajomych, ignorować, zgłaszać do Wyższych Instancji z racji dyskomfortu, jaki czujemy z powodu jego poglądów lub stylu bycia, to samo będziemy mogli uczynić w realu, gdzie każdy będzie udzielnym władcą własnej safe space. Nie pytajcie mnie, jak to będzie możliwe, ale coś czuję, że będzie. 

Zebrałem w tej nie-recenzji myśli, jakie zapamiętałem po lekturze pierwszych pięciu tekstów książki. Dóbr Dukaj dostarcza całą masę, a ich ukoronowaniem wydaje się być karkołomny esej interpretujący "Jądro ciemności." Znakomita i trudna jednocześnie próba odczytania postaci Kurtza jako zwiastuna "nowych wspaniałych czasów." No ale to już trzeba samodzielnie przeczytać. Najlepiej powoli i sprawdzając nazwiska, które Dukaj przywołuje. Opłaca się to robić.

Cóż, być może ktoś się zasmuci, a ktoś (co bardziej prawdopodobne) zbuntuje. "Wystarczy jedna katastrofa klimatyczna i jak bańka mydlana pęknie wizja Dukaja! Rzesze głodnych ludzi zdemolują wszystko na swojej drodze i będziemy mieli powrót do barbarzyństwa, a nie technologiczną ziemię obiecaną." Oczywiście może tak być, dlaczego nie. Przyszłość jest otwarta. 

Ale bezsporne pozostaje jedno - jako gatunek zrobimy bardzo wiele, by się nie narobić, a przyjemność, "lekkość" istnienia (odpowiednio doprawiona niezbędnymi wątpliwościami egzystencjalnymi) jest naszym celem. Nie brzmi to humanistycznie. Brzmi to ludzko.

Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj, powie nam Technologia, a my ochoczo posłuchamy.


PS 

Powyższe rozważania dotykają tylko pierwszej części książki.

2 komentarze:

  1. Przeczytam, na pewno. I wtedy wrócę. Ale na szybko napiszę tylko, że póki co bardziej prawdopodobna wydaje mi się wizja zapaści klimatycznej.

    A nieco podobna wizja przyszłości ludzkości (i to w dodatku w zasadzie nieśmiertelnej) wypełniającej codzienność rozrywką była też między innymi u Clarke'a w "Mieście i gwiazdach". Co ciekawe - tam nie było nawet żadnego wielkiego spisku ni sekretu, po prostu nikt nie interesował się tym, co poza miastem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tej książki zupełnie nie kojarzę.

    OdpowiedzUsuń