sobota, 20 lipca 2019

Na wspólnym mianowniku, czyli "Ścieżki dźwiękowe" Dąbrowskiej

Ja mam z Krystyną Dąbrowską problem. Teoretycznie nie można się czegokolwiek czepiać. Wszystko jest na miejscu i tak jak w poezji ma być. Mój wewnętrzny maruda nie ma żadnych konkretnych i przede wszystkim obiektywnych argumentów, by poddać dyskusji jakość wierszy zebranych w "Ścieżkach dźwiękowych", a jednak chodzi od ściany do ściany i zaciskając pięści, mruczy: "No coś tu jest nie tak, nie tak..."



Ten tomik jest naprawdę przyzwoity i unosi się na wysokości, która umożliwia nawiązanie kontaktu z "przeciętnym" czytelnikiem, nie przygniata odbiorcy awangardową stylistyką, nie zamyka się w bańce hermetycznego osobniczego doświadczenia podmiotu lirycznego, eksploruje raczej temat niż drąży styl. Krótko mówiąc, to książka bezpieczna i można bez większego ryzyka od jej lektury właśnie zacząć przygodę ze współczesną polską poezją. 

A same wiersze? Różnie. Raz mamy koncepty rozwijane na przestrzeni tekstów, które dźwigać mają odrobiny parabolicznej mądrości. O wiele częściej znaleźć można portrety, zbliżenia, czułe reminiscencje, rozbrajająco szczere opisy prywatnych rytuałów. Bardzo ludzka jest Dąbrowska w tych momentach. Prywatna i intymna. Miejsca, w których zamykana jest przestrzeń, okrojona do rozmiarów niewielkiego pokoju lub rozmowy, brzmią w moich uszach najprzyjemniej.

Jednak najsilniej brzmi nuta humanizmu skrojonego na miarę XXI-wiecznych oczekiwań i możliwości człowieka. Poetka sporo podróżuje i obok egzotycznych obrazów, wspomnień i refleksji można znaleźć wyraźne przeświadczenie, że wszyscy ludzie są braćmi (i siostrami), a  każdego z nas dręczy podobny zestaw egzystencjalnych dolegliwości. Zaś obowiązkiem człowieka jest raczej budować mosty niż stawiać mury. 

Szlachetnie to wszystko brzmi i precyzyjnie wpasowuje się we współczesną "politykę intelektualną", która lubi, gdy rozgrzebuje się wierzchnią warstwę kultury (często widzianą jako opresyjną i narzucającą toksyczne normy), w której się wyrastało, i dociera do pokładów "mniejszościowych". Stąd też powracają poruszające opowieści o Zagładzie, o nauce hebrajskiego; prywatność rodzinna zostaje zastąpiona prywatnością kultury, w której obok żywiołu polskiego pojawiają się inne, wcale wyraźne nurty i to im teraz wypada się przeglądać. 

Nie chcę przez to powiedzieć, że Dąbrowska z premedytacją kroczy ścieżkami wytyczonymi przez dominujące tendencje. O nie. To zbyt szczera poezja, by oskarżyć ją o wyrachowanie, a jednak doskonale by się sprawdzała na "światowym rynku", gdzie trzeba znaleźć wspólny mianownik z odbiorcami ulepionymi z różnych rodzajów gliny, mającymi dość bezpieczne oczekiwania w stosunku do poezji.

A ja teraz zrozumiałem, dlaczego ta poezja mnie nie do końca przekonuje. Jestem chyba zbyt zamkniętym na świat skurczybykiem i wolę do końca życia eksplorować tych kilka ulic, na których przyszło mi fizycznie istnieć. W świat mnie nie ciągnie. Inne województwo to już dla mnie spory dyskomfort przemieszczania się. 

Tak więc pomimo obiektywnej "dobrości" tych tekstów, ja wciąż mam jestem zdystansowany i chłodny. Cóż...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz