Stowarzyszenie Umarłych Blogerów

Myślałem, że mnie to nie spotka. Myślałem, że będę odporny na chorobę, na którą zapadli w ciągu ostatnich lat obserwowani przeze mnie piszący o książkach. Cóż, padłem jak szczur w Oranie...



Najgorsze, co może przytrafić się człowiekowi oddającemu się jakiejś pasji, jest utrata poczucia sensu tego, co robi. Gdy wędkarz, miłośnik militariów lub twórca modeli grodów piastowskich z zapałek poczuje, że jego pasja powoli się wypala, prędzej czy później dojdzie do przesilenia. Wóz albo przewóz. Zero lub jeden. 

U mnie tak szczęśliwie się składa, że nikt mi nie płaci za pisanie o książkach. Jestem bezdomny ideowo, nie wiążą mnie żadne nici z żadną "platformą", część pozrywałem z premedytacją i hukiem, część osierociłem po angielsku. Nie dorobiłem się też grona fanatyków-miłośników, którzy spijaliby słowa z ekranu.

Nic mnie nie mobilizuje, ale ja nie lubię się czuć stawiany do pionu, pakowany w kamasze i ubierany w mundur recenzenta. Czuję się wolnym człowiekiem, gdy nie muszę robić tego, czego nie muszę a tylko mogę robić. 

Po części na fakt dezercji z pola wpłynęły procesy, jakie zachodzą na polu "blogerki". Coraz mniej osób pisze (i czyta) dłuższe teksty, książki w Sieci istnieją albo w formie przekombinowanych fotografii, albo jako recenzje sponsorowane, albo przekształcają się we vlogi. Nie pasuje mi nic z powyższej wyliczanki.

Czytam, ale kreślę tylko kilkadziesiąt chaotycznych zdań w notesie, by nie zapomnieć o tym, co przychodziło mi do głowy w czasie lektury. Ze wstrętem myślę jednak o cyzelowaniu tych obserwacji, o rygorze stylistycznym, o szukaniu formy, o wstępie, rozwinięciu, zakończeniu... Odruch wymiotny na samą myśl o.

Gdyby komuś przyszło do głowy, że po prostu obraziłem się na "słabe zasięgi" lub gdyby ktoś chciał mnie strofować, że jestem leniwy i powinienem wziąć się w garść, bo "marnuję się", powiem tyle - przestaje mnie to wszystko interesować. Być może czuję to samo, co bohater jednego z wierszy Czesława Miłosza: 

"Jeszcze jeden rok przygotowania.
Już jutro zasiądę do pracy nad wielkim dziełem."

Codziennie będzie jutro od dzisiaj.

Komentarze

  1. Szkoda. Ale w stu dwudziestu procentach rozumiem Twoją decyzję. Raz, że sam nie mam już czasoochoty na blogowanie; dwa, że brakuje mi jej często także na czytanie tego, co piszą inni, i zwykle ograniczam się do przelatywania wpisów wzrokiem (także Twoich). Tak sobie myślę, że wirtualnemu światu brakuje platformy będącej czymś pomiędzy blogiem a Twitterem, która zasadniczo ograniczałaby długość notek (np. do dwustu słów), ale nie byłaby tak pobieżna i szybka jak Twitter.

    Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze machniesz notkę o wartych uwagi tomikach współczesnej poezji polskiej, którą "obiecałeś" mi kilka lat temu w komentarzach. :)

    Powodzenia przy pracy nad wielkim dziełem. Też myślałem, że gdy zawieszę blogowanie, znajdzie się czas na większe projekty, nad którymi rozmyślałem konkretnie od pewnego czasu. Didn't happen. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś o tej poezji pomyślę i napiszę, ale im uważniej się rozglądam, tym wyraźniej widzę, że masę tytułów przeoczyłem. Ale czuję się usprawiedliwiony, bo kto widzi te wszystkie małe wydawnictwa, oficynki, które wypuszczają tomiki w nakładzie 50 sztuk? Ja tyle przeoczyłem, że mi wstyd po prostu...

      Usuń
  2. Szkoda, szkoda i po trzykroć szkoda, ale rozumiem. Nic na siłę. Ja będę sobie po cichu powiadomień wypatrywał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja może czasem zbyt panicznie i dramatycznie reaguję na przypływy i odpływy "mocy twórczych" ;-)

      Może nie zniknę całkiem, nie wszystek umrę, może puszczę trzy recenzję pod rząd? Podziwiam, kolego, Twoją systematyczność. To coś, czego mi brakuje...

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty