piątek, 10 lipca 2020

Poważna szeptanka, czyli "Poufne" Grynberga.

Czy da się wyszeptać komuś na ucho sagę rodzinną? Oddać każdy niuans, oddać grozę traum i kwaśny posmak kompromitujących detali? Czy można tak długo szeptać? Taka sztuczka udała się (powiedzmy) Mikołajowi Grynbergowi. "Poufne" mają ażurową konstrukcję, zbierają na przestrzeni nawet nie dwustu stron opowieści, epizody, anegdoty, odpryski życiorysów, ułomki losów żydowskiej rodziny, której najstarsi cudem przeżyli wojnę. 



Ok, mamy to. Wiemy, na czym stoimy, myślą czytelnicy. Ludzie liżą rany po skończonej wojnie, wiążą się ze sobą, rodzą się dzieci, wnuki. Ktoś się z kimś spotyka, ktoś inny odprowadza na cmentarz bliską osobę, ktoś wyprowadza się z domu, ktoś do domy zaprasza na uroczysty niedzielny obiad. Samo życie. Opowieść o rodzinie. Stały, nieusuwalny motyw. Poważna sprawa. 

I mamy tutaj do czynienia z powagą spod znaku filmów Krzysztofa Kieślowskiego.  Jego "Trzy kolory" lub "Podwójne życie Weroniki" to kino festiwalowe, stworzone "po bożemu", spodoba się i jurorom, i co wrażliwszym widzom. Nie ma wstydu. Takie filmy doskonale zagospodarują lukę w życiu kulturalnego człowieka. Podobnie widzę "Poufne" - dostajemy dawkę odpowiednio szlachetnych wzruszeń, pytań o los, podszyte (potencjalną) metafizyką zdarzenia, bohaterów wiarygodnych i uczciwych, co uda się uzyskać przede wszystkim dzięki dialogom, w których słychać "zwykłego człowieka". 

W najlepszych momentach "Poufne" olśniewają czysto brzmiącym, prostym, oszczędnym, a jednocześnie lirycznym językiem. Poszczególne krótkie rozdziały odsłaniają kolejne konary i gałęzie drzewa genealogicznego, po którym jak wiewiórka skacze czytelnicza uwaga. Ładnie wpisana jest trauma holokaustu - to zaledwie kilka migotliwych wspomnień, parę obrazów, skojarzeń, wymiana zdań, mimochodem podsunięte czytelnikom skojarzenie. Ten balast, dla wielu przecież fundamentalne doświadczenie egzystencjalne, na którym buduje się sens reszty życia, u Grynberga wydaje się być wstydliwym, kłopotliwym dziedzictwem. Czymś takim jak odziedziczony po przodkach nerwowy tik lub drżenie rąk. Być może kolejne pokolenia zrzucą z siebie ten ciężar i dziedziczona pamięć ciała spłucze w końcu osady naniesione przez wojnę?

Ja jednak mam problem z "Poufnymi". Same losy rodziny nie przynoszą niczego, czego byśmy wcześniej nie znali z setek innych opowieści tego typu. Ja już się wystarczająco dużo nasłuchałem, naczytałem i naoglądałem o relacjach na linii dziadkowie-rodzice-dzieci. Grynberg nie dodaje niczego nowego, nie modyfikuje ani nie moduluje. I gdyby te najbardziej konwencjonalne fragmenty "odsprzedać" słabszemu prozaikowi, ten zrobiłby z nich komercyjny użytek i stworzył ładną obyczajową historię, zadatek literatury obyczajowej. 

Mnie (piszę te słowa z pełną odpowiedzialnością za własny skrajny subiektywizm) kolejny raz spotyka zawód, gdy sięgam po tzw. literaturę piękną. To, co dostrzegają "znawcy", krytycy literaccy, zaangażowani recenzenci, odpycha takiego czytelnika jak ja. Nigdy nie wiem, czy zachwalany tekst jest naprawdę wartościowy i głęboki, czy po prostu pochylił się nad nim wystarczająco "głęboki" odbiorca i pisząc o nim, nie uwalnia tak naprawdę własnych (a nie tekstu) walorów. 

PLUSY: 
+ oszczędny, precyzyjny, ocierający się o skupioną lirykę język,
+wiarygodne język "mówiony",
+ kilka ładnych scen, które nie epatują ckliwością i wzruszeniami z przeceny,
+ błądząca na marginesach trauma holokaustu.

MINUSY
- w kwestii opowieści o rodzinie nie ma tutaj niczego nowego, odkrywczego, 
- a że dużo się tu opowiada o rodzinie, to tym bardziej przytłacza ta familiada,
- znajdziemy sceny zbyt "literackie", mające się podobać rozwiązania, które nawet w prawdziwym życiu uznalibyśmy za pretensjonalne i niepotrzebnie symboliczne.


Mogę polecić miłośnikom rodzinnych mikroskopijnych sag, w tle których tlą się ledwie co opanowane pożary historii, ale mnie to nie ruszyło. Nie wątpię, że spodoba się tym, dla których "wielka literatura – będąc wielką i będąc literaturą – powinna zachwycać". Ja niestety spotkanie z książką Grynberga będę wspominał jak uczeń, który musiał przeczytać kolejną pozycję z kanonu lektur obowiązkowych.

2 komentarze:

  1. Nie czytałem nic Grynberga, bo to jest jeden z tych autorów, w przypadku których obawiam się podobnego rozczarowania. I głównie bierze się to z czytania pewnego typu nadmiernie lirycznych recenzji. Ale, o paradoksie, teraz bym chciał przeczytać, żeby skonfrontować z opinią Twoją.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znoszę "lirycznych" recenzji. Takie błyskawicznie dezorientują odbiorcę, zaciemniają, obiecują najczęściej złotego góry. Trochę tak jak "młodzi polscy artyści" prezentowani w Teleexpresie.
      - Jaką muzykę gracie?
      -Mieszankę rocka, bluesa, folku i rapu.

      Jak się potem okazuje brzmią do bani.

      Usuń