poniedziałek, 23 stycznia 2012

A temat wymyślcie sobie sami... - "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" Mario Vargasa LLosy

Dość długo walczyłem z sobą, by nie zacząć omówienia „Szelmostw niegrzecznej dziewczynki” od przytoczenia pewnego nieprzyzwoitego kawału.

(Dwóch kolegów spotyka się po latach niewiedzenia.
- Stary, dwa lata byłem na stypendium we Francji.
- We Francji?! A jak sobie poradziłeś z językiem?
- Cóż…na początku trochę się brzydziłem…)

Jak widać przegrałem tę walkę, jak i walkę o pewien konkretny kształt omówienia powieści Noblisty. Przegrałem, bo to powieść niemal doskonała w swojej precyzji, epickim oddechu, szerokim rozmachu. Niepozbawiona poczucia humoru, nieprzewidywalnych zwrotów akcji, a jednocześnie do bólu realistyczna.

(Całe szczęście Llosa daleki jest od trywialnego realizmu magicznego, bo inaczej całą tę historię równie dobrze mógłby opowiadać gadający jaguar lub lama)

Autor ani razu nie stracił koncentracji, nie pozwolił uciec książce na tereny czczych dywagacji o przemianach kulturowych lub mdłych medytacji o nieszczęśliwej miłości.

Llosa jest jak snajper. Uderza w punkt. Wzorcowo wplata kolejne katastrofy uczuciowe bohatera w mieniące się przeróżnymi odcieniami następujące po sobie dekady. Niewinne lata 50, hippisowskie 60, liżące rany po dzieciach-kwiatach 70 etc.

Cóż… W sumie wszystko, co napiszę o tej powieści będzie od niej głupsze.

Moje zboczenie zawodowe kazało mi się zastanowić, jak podejść problemowo do „Szelmostw…” Bo o czym to jest powieść? O fatalnej miłości? O beznadziejnie chorym na romantyzm głównym bohaterze? O kolejnej odsłonie femme fatal? A może coś jeszcze?

Może na kolejnych kartkach odbijam się ja sam - niepojęcie i durnowato zakochany kiedyś w dziewczynie, dla której straciłem sześć lat młodości?

W szalonej gonitwie za „tematami lekcji z Peruwiańczyka” wpadałem na kolejne coraz dziwniejsze odkrycia. A może jest to alegoryczna historia o miłości Boga do grzesznika? Bóg jak nasz bohater wciąż przyjmuje nawracającą się upadłą duszę – tytułową bohaterkę…




Jednak zarzuciłem szybko ten pomysł, bo każde kolejne spotkanie bohaterów kończy się sceną miłości francuskiej…

Niech to omówienie będzie tylko zapisem porażki, jaką poniosłem jako recenzent z bożej łaski w obliczu jednej z najlepszych powieści, jakie czytałem w życiu.


8 komentarzy:

  1. Ostatnio czytałem 'Marzenie Celta' - było to moje pierwsze podejście do Llosy, ale bardzo satysfakcjonujące. Twoja recenzja 'Szelmostw...' też zachęca, trzeba będzie poszperać w bibliotece, a może i pokusić się o zakup.

    Mieć na własność i analizować, w wolnych chwilach, o co tak na prawdę chodzi z 'magiczną funkcją języka' - kuszące ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest o czym myśleć, ale uprzedzam - Llosa nie jest tak jednoznacznie "rozkoszny" - nieco pewnymi patologiami to trąci, więc uważaj, by się nie zniechęcić do ...niektórych...aktywności ;-)

      Usuń
  2. a mnie się ta książka jakoś nie podobała.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Kawał super :), tylko się zastanawiam, jak to się ma tych sześciu lat, które straciłeś ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. No właśnie się nie ma i to jest ból

    ;-)

    if ju noł łot aj min...

    OdpowiedzUsuń