poniedziałek, 12 marca 2012

Klon sam w dolinie... - Kate Wilhelm "Gdzie dawniej śpiewał ptak"

Science-fiction straszy najlepiej, najumiejętniej, najrzetelniej. Wyłączywszy być może heroiczne czasy kształtowania się gatunku (czyżby Verne?), fantastyka naukowa zawsze serwowała nam dość piorunujące wizje przyszłości utkane z najczarniejszych obaw, spekulacji, wizji…

Ze świecą by szukać dzieł, które w jasnych barwach odmalowałyby to, co ma nadejść.

Gdy porównamy powieść Kate Wilhelm z najbardziej znanymi, kanonicznymi wręcz wizjami postapokaliptycznymi, okaże się, że na pierwszy rzut oka „Gdzie dawniej śpiewał ptak” wypada dość… hmm… pastelowo.

Nie uświadczymy widowiskowych opisów plag, jakie spadły na mieszkańców biednej Ziemi – zostajemy ze szczątkowymi informacjami o głodzie, końcu surowców, spadającej płodności klonowanych hurtowo zwierząt, chorobach i wojnach… To dość standardowy przecież zestaw rekwizytów, jakimi straszy się nas od dawien dawna. Niemniej jednak to szkicowe ujęcie tła jest wystarczająco sugestywne, by wprowadzić w głęboki niepokój. Niepokój wywołany niedoborem informacji.

Całość powieści za wyjątkiem kilku brzemiennych w skutki epizodów rozgrywa się w pięknej dolinie, gdzie znaleźli schronienie ostatni (?) ludzie. Jednak i im wkrótce grozi zagłada – ostatnie płodne kobiety rodzą martwe niemowlęta. Szansą okazuje się klonowanie ludzi…

Wilhelm zamienia się w przewodnika po ostatnim bastionie „ludzkości” – społeczności klonów tworzących zalążki nowej cywilizacji. Z kliniczną precyzją, ale również iście kobiecą delikatnością, snuje wizję zimnej, wyrachowanej ale jednocześnie niezwykle kruchej struktury.

Wyobraźmy sobie – każde opuszczenie doliny kończy się dla sklonowanego człowieka chorobą psychiczną lub przynajmniej rozstrojem nerwowym. Dlaczego? Bo „rodzeństwo” klonów (na przykład pięciu, sześciu identycznych chłopców) MUSI zawsze trzymać się razem! Taka pierwsza z brzegu anomalia tego świata; nie wspominając już chociażby o grupowym seksie i innych atrakcjach doliny klonów.


Nie mam chyba sensu opowiadać książki i rzucać „mądrościami ludu” na temat wartości różnorodności i zagrożenia, jakie niesie ze sobą zunifikowany świat, w którym każdy może zastąpić każdego.

Mnie uwiodła dość marginalna kwestia – przyroda. Rzadko się zdarza, by w powieściach s-f autorzy strzępili pióra opisując grę świateł w szarpanych wiatrem październikowych drzewach, opary znad rzeki, barwy pól, nieba, śniegu, deszczu…Wilhelm nie spieszy się nigdzie.

O cóż może więc chodzić? O wstrząsającą pewność, że bez nas ten świat z pewnością nie przestanie być estetycznym arcydziełem. Zniszczymy siebie nawzajem, nasze kości rozsypią się wśród gnijących resztek cywilizacji, a słoneczko będzie sobie wschodzić i zachodzić, wschodzić i zachodzić…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz