niedziela, 11 marca 2012

Nadchodzi, nadchodzi... Ray Bradbury "Jakiś potwór tu nadchodzi"

Czego się baliście?

Mitycznej czarnej wołgi? Satanistów porywających dzieci? Cyganów (choć dziś to politycznie niezbyt poprawne)? Burzy? Wujka przebranego za św. Mikołaja?

Czegoś, co czai się w ciemnym kącie pokoju, w szafie, na strychu lub w piwnicy?

Jak sobie poradziliście? Nie licząc licznych sesji terapeutycznych na kolanach rodziców („Tam nic nie ma, synku, tam nie ma żadnego potwora.”), po prostu dorośliście i dziś boicie się bezrobocia, skoków franka, cen gazu, benzyny lub prądu…

Niestety, dziś nie wystarczy dorosnąć, by przestać się bać…

***

„Jakiś potwór tu nadchodzi” Raya Bradbury'ego, klasyka literatury fantastycznej, to bolesne wspomnienie czasów, gdy strach miał konkretną formę, kształt, w którym można było szukać słabych punktów. To też kanoniczna niemal opowieść, którą rodzice powinni sprzedać pociechom błądzącym gdzieś między dzieciństwem a okresem dojrzewania. Szczególnie synom, którzy muszą zmierzyć się z cieniami własnych ojców…

Sceneria – senne amerykańskie miasteczko, w którym czas płynie powolutku, sączy się jak miód skapujący z przewróconego słoika… Jim i Will to główni bohaterowie, typowi 13letni chłopcy pochłonięci przez typowe dla tego wieku rozrywki – nocne spacery po mieście, łupieżcze wyprawy do sadów, w których dojrzewają już jabłka i brzoskwinie… Ich słodkie życie przerywa wesołe miasteczko, które, o dziwo!, zjawia się pod koniec października.

Czujemy już? Nic nie jest tym, czym się z początku wydaje. Wesołe miasteczko to upiorna instytucja, od wieków snująca się bezdrożami świata, żerująca na ludzkim strachu i najniższych pragnieniach. Dziwolągi, których wynaturzone postaci oklaskują widzowie, to ofiary własnych namiętności – ci, którzy sprzedali duszę właścicielom lunaparku… Wszystkie karuzele, gabinety osobliwości, lustrzane labirynty są tylko powłoką, która ma zwabić nieszczęśników.




Will i Jim mają pecha – stają się przypadkowymi świadkami sytuacji, gdy lunapark odsłania to upiorne oblicze. Od tego momentu śledzimy nierówny pojedynek pomiędzy dwójką przerażonych nastolatków, ojcem jednego z nich, a poszukującymi ich w całym miasteczku potępieńcami.

Całość nie tylko trzyma w nieustannym napięciu, ale hipnotyzuje czytelnika iście barokowymi opisami czającej się lepkiej jak smoła ciemności, która poluje i próbuje zamknąć w sobie naszych chłopców. Może czasem drażnić styl Bradbury’ego, któremu pewnie przyświeca hasło: „Zdanie bez metafory i porównania zdaniem nieudanym”, ale to jedyna słaba (?) strona tej opowieści.

Całość tchnie chłodnym otrzeźwiającym powietrzem powieści inicjacyjnej, której naturalnym adresatem staje się rzecz jasna dojrzewający czytelnik.

A cóż ma pan dla mnie, panie Bradbury? Wygrzebałem taką oto perełkę:


Trzecia nad ranem, pomyślał Charles Halloway, siadając na brzegu łóżka. Czemu pociąg (z lunaparkiem - mój dopisek) przyjechał o tej porze?

Bowiem, odpowiedział sam sobie, to szczególna godzina.

O tej porze kobiety nigdy się nie budzą, nieprawdaż? Śpią snem niemowląt i małych dzieci. A mężczyźni w średnim wieku?

Oni dobrze znają tę godzinę. Mój Boże, północ nie jest wcale taka zła. Człowiek budzi się wtedy i z powrotem zasypia.

Pierwsza czy druga też nie są najgorsze. Przewracasz się z boku na bok, ale znów zapadasz w sen. Piąta, szósta rano to godziny pełne nadziei, bowiem świt czeka już za horyzontem.

Ale trzecia, o Chryste, trzecia rano! Lekarze twierdzą, że ciało pracuje wówczas na najniższych obrotach. Dusza wyłącza się. Krew krąży leniwie. Właśnie o tej porze człowiek najbardziej zbliża się do śmierci. Co prawda, sen to mała śmierć, lecz trzecia nad ranem, kiedy człowiek zupełnie rozbudzony leży w łóżku, jest zupełnie jak śmierć za życia.


Cierpiąc na chroniczne kłopoty ze snem około 2-3 w nocy, czuję ten cytat całym obolałym ciałem...

4 komentarze:

  1. Zapowiada się interesująco - może zapoluję w bibliotece. Kurcze, nigdy o tej książce nie słyszałem (a o autorze czytałem ostatnio - właśnie ukazała się jego biografia; podobno nieciekawa książka, bo pan żył dość monotonnie ;-) ).
    Klimat, jaki opisujesz, taki chyba kingowski. A może to u Kinga jest klimat bradbyby'owski..?

    OdpowiedzUsuń
  2. Książka jest z 1962 roku, King miał wtedy...urodził się w 1947 roku, więc...kurde, gdzie jest ten kalkulator???

    Tomek

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak czy inaczej - małe, amerykańskie miasteczko, młodzi bohaterowie, Obcy, który jakoś ingeruje w społeczność... Brzmi znajomo, bez względu na to, kto był pierwszy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wszystko już było, prawda?

    ;-)

    Tomek

    OdpowiedzUsuń