piątek, 4 maja 2012

Duby smalone w "Gospodzie pod Upiorkiem" Stanisława Pagaczewskiego

Zdarzyło się kiedyś, że Żona moja czytała wierszowane bajki pewnemu dziecku. Zasłuchany sześciolatek uważnie śledził historyki dopóki nie pojawiło się słowo "panicz".

- Kto to jest "panicz"? - zapytał dociekliwy chłopiec. No i się zaczęło...

Ileż to czasu trzeba było, by zarysowwać chociaż podstawowe zawiłości struktury społecznej XIX wieku i zależności istniejące na linii dwór-wieś, gdzie spotkali się panicz z parobkiem.

Wniosek nasuwa się jeden - jeżeli literaturę, podobnie jak wszystko, co nasz gatunek tworzy, toczy robal przemijania, to literatura dziecięca jest wyjątkowo podatna na cierpienia związane z dezaktualizacją.

Rzecz jasna klasyczne baśnie są wiecznie młode, kanoniczne narracje zaludniają śpiące królewny, bitni rycerze, sprytni służący. Nie ma bólu, ponieważ świat przedstawiony jest umowny, dzieje się w ledwie opowiedzianej przestrzeni i czasie oderwanym od "dorosłej" chronologii, czyli wszędzie i nigdzie.

Jednak utwór kierowany do dzieci (nie młodzieży, to ważna różnica) mający ambicję zakotwiczenia w konkretnym tu i teraz czeka raczej dość rozczarowująca kariera. Oczywiście, można na rodziców przenieść ciężar odpowiedzialności za wdrożenie pociechy w "jak to drzewiej bywało", ale niewygodnie będzie tak czynić za każdym razem, gdy w tekstach pojawią się archaiczne już realia.

(Całe szczęście, że w naszym domu i w domu moich rodziców są piece kaflowe, bo inaczej ciężko byłoby mi wytłumaczyć, czym jest zapiecek, na którym wciąż wylegują się Bonifacy z Filemonem.)

Czas dość życzliwie obszedł się z najbardziej znaną częścią pisarstwa Stanisława Pagaczewskiego. Trylogia o perypetiach profesora Baltazara Gąbki, Smoka Wawelskiego i spółki należy do kanonu polskiej literatury dziecięco-młodzieżowej. Nie muszę chyba dodawać, że 2/3 cyklu przeniesiono na mały ekran, tworząc popularne dobranocki.

Mniej znaną natomiast jest napisana w 1966 roku książeczka "Gospoda pod Upiorkiem." Urocza, nieco naiwna opowiastka o polskich straszydłach i duchach, które pod wodzą dobrego diabła Boruty (kontuszowy sarmacki typ)decydują się na zgodne współistnienie z ludźmi.


No bo cóż innego im pozostało w połowie XX wieku? Dorośli w duchy nie wierzą, dzieci śmieją się z wiedźm. Nastały nowe czasy, więc straszydła zakładają spółdzielnię i zaczynają pomagać śmiertelnikom. Nawet pazernych amerykańskich biznesmenów przegonią, gdy ci rezydując na zamku w Wiśniczu, oferują bajeczne sumy za kupno zabytku (wraz z duchami)...

Z gruntu oświeceniowa to wizja, idealnie współgrająca z filozofią materialistyczną PRL-u, w którym to, co korzenne, a więc owe duby smalone, z którymi walczył Mędrzec z "Romantyczności", należy nomen omen wykorzenić. Prymitywnych wiejskich muzykantów umyć, uczesać i umundurować na wzór takiego czy innego "Mazowsza" czy "Śląska." Analfabetów przykuć do szkolnych ław bez względu na to, ile mają lat.

A więc wszelkie podejrzane elementy (nadprzyrodzone) na mocy oświeceniowej lampy rozumem zwanej muszą uznać swą głupotę, złożyć samokrytykę i podążać ku nowemu.

Tak, "Gospoda pod Upiorkiem" tchnie takim oto podskórnym przesłaniem. Jednak chyba tylko dorośli mogą wyczuć to słabe tętno propagandy rozumu i postępu.

A dzieci?

One znajdą tu całą galerię barwnych, zgrabnie skrojonych bohaterów. Boruta, Rokita, Biała Dama, Upiór noszący własną głowę pod pachą... Dwaj młodzi chłopcy, dwunastoletni uczniowie oczarowani obecnością sił nieczystych. Niezłe tempo wydarzeń. Mili mieszkańcy Wiśnicza. Dziennikarz, leśniczy, milicjant...

Całość okraszona bardzo typowym dla Autora ciepłym, nieco staroświeckim humorem. Lektura to idealna dla niezepsutych przez współczesne banialuki o wampirach i wilkołakach

Jednak schody zaczną się, gdy młodociani czytelnicy ruszą z pytaniami:

- Co to jest "milicja"?
- Kiedyś to była policja.
- A kiedy to było?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz