sobota, 23 czerwca 2012

Bez dystansu, czyli "Pełna krew" Jarosza

Są dwa rodzaje artystów, dla których podziw jest w pełni zrozumiały. Jedni błyszczą nieziemskim światłem, które oślepia, obezwładnia i hipnotyzuje. Zdają się należeć do innej rasy, wyrastać ponad rzeczywistość, unosić się nad jej szarą powierzchnią, by tworzyć rzeczy zadziwiające i porywające.

Drugi rodzaj to ci, którzy bliżej mają do nas niż nam samym się wydaje. Przypominają dobrych kumpli, z którymi ostatni raz widzieliśmy się pozując do zdjęcia klasowego we wczesnej podstawówce. „Stary, czy my przypadkiem nie siedzieliśmy w jednej ławce?” – pytamy, a potem nad brzegiem rzeki żujemy źdźbła trawy i plujemy do wody zieloną śliną.

Łukasz Jarosz, jeden z najciekawszych poetów urodzonych pod koniec lat 70, autor sześciu tomów poetyckich, należy do tych drugich.

„Pełna krew” to zbiór doskonałych wierszy, które błyskawicznie skracają dystans pomiędzy czytelnikiem a osobą mówiącą. Wierszy dobrze ukorzenionych w rzeczywistości, w żyznej glebie, gdzie nie kiełkują skażone genetycznymi modyfikacjami teksty neoawangardowe. To czysta ziemia. Zaludniona zwykłymi ludźmi, pulsująca tętnem następujących po sobie pokoleń, pomiędzy którymi istnieje żywa więź.



Jarosz nie tworzy świata z papieru, bo świat ten nie miałby racji bytu poza kartkami książek. Autor chwyta to, co namacalne i zmysłowe. Wierzy swoim oczom, które dają najlepsze świadectwo rzeczywistości złożonej z drobnych gestów rozsianych w polu widzenia.

Poezja ta jest wyzwaniem rzuconym światu pędzącemu donikąd. Zamkniętemu w obrębie strzeżonych osiedli, betonowych parkingów, w zimnym świetle sklepów całodobowych. Jarosz to poeta otwartej przestrzeni, natury i jej bolesnych epifanii. Powolnych skurczy zmieniających się pór roku. Autor jest apologetą prowincji, gdzie wciąż można znaleźć czas na krojenie chleba, palenie ognisk i obserwację pozornego bezruchu…

Jarosz zdaje się nie przesiewać swoich obserwacji przez sito prywatnych obsesji i traum. Uniemożliwiłoby to dialog między nim a czytelnikiem, a właśnie na tym (być może złudnym) poczuciu wspólnoty poecie zależy bardzo mocno. Mimo tego, że każdy tekst obdarzony jest wyraźnym autorskim piętnem, nie czujemy się nieproszonymi gośćmi w świecie poety. Jarosz jest raczej bramą lub szeroko otwartym gościńcem niż wieżą, w której zamyka się przed czytelnikiem.

Świat bardziej potrzebuje świadectwa o nim samym niż naszych bebechów, które wywlekalibyśmy przed coraz bardziej znudzonymi odbiorcami. Lepiej rozsiąść się wygodnie w ogrodzie, sięgnąć po coś do picia i po prostu sobie poopowiadać.

Tylko tyle i aż tyle obiecuje poezja Łukasza Jarosza.

Recenzja ukazała się 21.06.2012 roku na stronach portalu LubimyCzytać.pl


PS

Krótko mówiąc, bez mądrzenia się - wolę polskie błoto, mieścinki i prowincję niż strefy kibica i samolubne Centrum, Warszawki, Poznanie, Gdański, Krakowy i Wrocławie...

Albo jak napisał K. Przerwa-Tetmajer:


Wolę polskie gówno w polu
niż fiołki w Neapolu.

2 komentarze:

  1. Nie zgodziłabym się do końca z tą "wspólnotą", ja jego wiersze odbieram raczej jako osobiste interpretacje wybranych, istotnych dla niego elementów rzeczywistości oraz powrót do różnych opowieści, historii, odkrywanie własnej tożsamości. Uważam, że ta poezja nie odkrywa tak wiele przed czytelnikiem, że esencją jest tu tajemnica, nawet jeżeli ona występuje poza wierszami.

    K.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiesz, zależy jak rozumieć wspólnotowość - dla mnie to doświadczenie przede wszystkim językowe. Jeżeli rozumiem całość pozbieranych dla mnie słów, jeżeli obrazy układają się w jeden tożsamy z moim sposób widzenia, to wtedy czuję, że poeta mnie szanuje.

    Że własnie mamy szansę na pewien rodzaj wspólnoty. Nawet jeśli opartej na opisie prywatnych rytuałów.

    pzdr

    OdpowiedzUsuń