poniedziałek, 3 września 2012

Martini z kranówką, czyli "Upadek gigantów" Folletta

W czasach kryzysu, niepewności finansowej, huśtawki nastrojów na giełdach i galopującej inflacji przychodzi do Czytelnika Autor i mówi:

- Mój Drogi, zainwestuj kilkanaście godzin bezcennego czasu w moją bardzo grubą książkę.
- Niepewne to przedsięwzięcie – odpowiada Czytelnik. – Tysiąc stron? Jeżeli po połowie powieści zorientuję się, że coś jest nie tak, to okaże się, że moje oczy na darmo przeczytały ponad 500 stron. I co wtedy, Drogi Autorze?
- Nie zawiedziesz się – odpowiada Autor – Znasz mnie przecież. Nazywam się Ken Follett i czasu zainwestowanego w moje poprzednie książki nie uważasz za straconego, prawda?
- Ano prawda… - Czytelnik odpowiada niechętnie i sięga po „Upadek gigantów” wyżej wymienionego pisarza. Jest dobrej myśli – Follett to solidny fundusz inwestycyjny.

Pierwszych 700 (!) stron czytałem z wiarą i entuzjazmem. Mniejszym lub większym, podsycanym jednak przez autosugestię – „Czytam dobrą książkę, czytam dobrą książkę.” Nagle, niemal na przestrzeni kilku rozdziałów, okazało się, że Follett, używając karcianej terminologii, poważnie się przelicytował. A ja udzieliłem kredytu niewypłacalnemu tymczasowo Autorowi.


Gdzie tkwią zadry? Co mnie zabolało? Jakie drzazgi musiałem wyciągać spod skóry? Otóż Autorowi udało się dokonać rzeczy niemożliwej – na przestrzeni około 1000 stron Follett nie stworzył wiarygodnej pod kątem prawdopodobieństwa psychologicznego postaci. Ok., nie oczekuję po powieściach głównego nurtu, mainsteamowych, pogłębionych subtelnych analiz osobowości, ale, come on! istnieje przecież coś takiego jak przyzwoitość, która nakazuje wręcz, by czytelnik czuł minimum komfortu.

Tymczasem niemal każda z postaci „Upadku gigantów” przechodzi niezrozumiałe metamorfozy lub obdarzona jest tak „rozrzuconymi” cechami, że rzadko gnieździć się one mogą w pojedynczym egzemplarzu ludzkim.

Co gorsza, Follett niemiłosiernie pastwi się nad swoimi bohaterami, pozwala, by wielka Historia (burzliwy początek XX wieku) chłostała ich raz za razem, a ja wciąż miałem wrażenie, że postacie są tylko pionkami na wielkiej szachownicy świata. Nie noszą głębszych blizn, nie reagują wiarygodnie. W sumie nie powinno nas interesować ich życie wewnętrzne, ale raczej to, co się z nimi dzieje – tak mówi Follett.

„Upadek gigantów” sprawdza się więc najlepiej jako zapis galopady wydarzeń, epizodów, intryg etc. Nie szukajmy w tej powieści skomplikowanych, trójwymiarowych bohaterów. To raczej mięsiste, kierujące się prostymi ale atrakcyjnymi pobudkami postacie.

Na dodatek w warstwie fabularnej Follett trafia zbyt często w płot – albo uruchamia zbyt oczywiste rozwiązania, albo na siłę ubarwia losy bohaterów, znosząc obowiązujące w prozie, bądź co bądź historycznej, prawo prawdopodobieństwa.

Szczególnie kolczaste dla czytelnika stają być rozdziały, w których z przesadnym pietyzmem, mnożąc nazwiska, fakty, szczegóły i szczególiki Autor opisuje rewolucję bolszewicką. Cóż, w średniowiecznych „Filarach ziemi”, chyba najpopularniejszym „późnym” dziele Folletta, też ciężko się przedzierało przez drobiazgowe opisy detali architektonicznych, które nijak nie budują „atmosfery epoki.”

W "Upadku gigantów" pisarz streścił po swojemu szamotaninę kształtującego się ustroju komunistycznego i niestety zrobił to w sposób po prostu nudny. Co nie znaczy oczywiście, że epizody dziejące się na przykład w USA lub na spływających krwią polach bitew Europy, też są "przeładowane." Im dalej od komuny, tym ciekawiej - chciałoby się rzec.

Jednak nie można nazwać tej pozycji nieudaną – ta książka to koktajl przyrządzony z solidnej faktografii, niezłej świadomości problemów epoki, kilkunastu naszkicowanych wyraźnie postaci, splatających się intryg, momentów wzruszenia lub grozy. Idealna literatura środka.


A jeśli się trzymać barmańskiego slangu – martini jest, oliwki są, ale całość rozcieńczona wodą z kranu...


4 komentarze:

  1. Uwierzysz, że nie czytałem nigdy Folleta?
    Ani 'Filarów ziemi', ani nic. Kiedyś wziąłem się za 'Igłę', ale to był jakoś na przełomie podstawówki i liceum, może byłem za młody... Nie wciągnęło mnie, a mam niestety tak, że jeśli się zrażę do autora, to trudno mi do niego wrócić.
    Chyba muszę nadrobić zaległości...
    Rozumiem, że od 'Upadku...' mam nie zaczynać?

    OdpowiedzUsuń
  2. Cegła. Tysiąc stron z hakiem. Czyta się szybko, ale ja radziłbym coś krótszego. "Igła" jest Ok. "Klucz do Rebeki" też. No i "Filary ziemi", ale to znowu opasły trójksiąg.

    "Upadek..." to maraton. Lepiej zacząć od 400 metrów.

    pzdr!

    ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Przyglądam się tej książce już od dłuższego czasu, mając w pamięci "Filary ziemi", które są kawałkiem dobrej literatury, według mnie przygodowej. ;-)
    Nie czarujmy się - Follet to po prostu dobry rzemieślnik, taki trochę Dumas naszych czasów, który wie, na jakich strunach przeciętnego czytelnika zagrać.
    Ja tam nie spodziewam się po tej powieści wybitności, pewnie za jakiś czas po nią sięgnę, ale jedynie po to, żeby się rozerwać. Z pewnością będę jednak pamiętała podczas lektury o bohaterach, którzy mieszczą w sobie wiele skrajnie różnych cech - przekonam się, czy masz racje. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie wiem, czy dobrze się wyraziłem o tych cechach.

    Po prostu poznajemy jednego faceta jako w sumie miłego gościa, by po jakimś czasie przerodził się w fanatycznego pioniera rewolucji. Poznajemy arystokratę, który raz jest czarujący i delikatny, w sumie jakoś taki bezwładny w małżeństwie, a jednocześnie ma romans ze służącą i dość brutalnie traktuje ją traktuje, gdy zachodzi kobieta w ciążę.

    A my mamy uwierzyć, że faceta jest i taki, i siaki.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń