sobota, 3 listopada 2012

Remisji nie przewiduje się, czyli "Kochanie, zabiłam nasze koty" Masłowskiej

Czytając tu i ówdzie recenzenckie, profesorskie, a nawet publicystyczne owoce kontaktu z najnowszym tekstem Masłowskiej, zauważyć można jedną, jak na mój niski przecież gust, dość niepokojącą tendencję.

Najszerszym łukiem omija się to, co stanowi o ideologicznym budulcu tej książki, a skupia się na kontekstach, okołoliterackich bezpiecznych przestrzeniach. A więc mamy Masłowską odczytaną w kontekście swoich poprzednich tekstów (jakby najnowszy był “zbyt świeży”, by o nim mówić), mamy Masłowską oskarżaną o wtórność wobec istniejących już prób objęcia świata. Mamy pisarkę rzuconą na żer wszelkich aktywistów, którzy lubią sobie ponarzekać, że "banalne, wtórne, niezrozumiałe i w ogóle po 15 minutach rzygać się chce, bo o niczym..."

Mamy cały ten sztafaż, jaki tak naprawdę próbuje odwrócić uwagę od rdzenia książki.

Cóż daje nam Masłowska? W sumie nic nowego, ale to kolejna diagnoza cywilizacji, która wręcz idealnie pokrywa się z innymi diagnozami urodzonymi w łonie naszej literatury i w łonach literatur świata. Czy może to być zarzut? Jak ktoś się uprze, pewnie tak.

Powinniśmy raczej traktować tego rodzaju teksty z powagą. Z taką samą powagą pacjenci słuchają kolejnych i kolejnych lekarzy potwierdzających zdiagnozowane patologie. Wszystkie są cenne, każda potwierdza prawdę poprzedniej i następnej. Choroba postępuje. Remisji nie przewiduje się.

Cóż to za zaraza? Najprościej mówiąc to pustka egzystencji, bo przecież nawet nie życia. Egzystencja to czysto fizjologiczne trwanie i właśnie w czysto fizjologiczny sposób żyją bohaterowie książki. Owszem, zdarzają im się chwile samoświadomości, ale rzadkie są to momenty a i samoświadomość to kaleka i szybko tłumaczona jako uboczny efekt na przykład „napięcia przedmiesiączkowego.” Fizjologia tryumfuje. Nie pierwszy raz i nie ostatni raz.

Świat przedstawiony to fikcyjna przestrzeń gdzieś na peryferiach wielkiego amerykańskiego miasta. Żadnych konkretów. Wszędzie, czyli nigdzie. Otoczeni upiornym rekwizytorium gadżetów, poddani presji nowoczesności, ale tej skarlałej, ograniczonej do tańszej wersji czegoś być może (kiedyś?) szlachetnego, bohaterowie żyją z dnia na dzień.

Szukają ciepła, przyjaźni, emocji, potwierdzenia samych siebie w oczach innych. I niczego takiego nie znajdują. Nie są w stanie. Są zbyt infantylni. Po prostu nie dorośli do jakichkolwiek głębszych relacji międzyludzkich.

Jednak Autorka nie szydzi ze swoich postaci, choć całą książkę wypełniają kpiny z nawiedzonych artystów, podręcznych autorytetów, szalbierzy i zwykłych kłamców. Nie jest złośliwa w stosunku do swoich dwóch bohaterek.

Czujemy raczej bezbrzeżny smutek, gorzkie współczucie. Nikt z nas przecież nie będzie śmiał się z upośledzonych dzieci za wszelką cenę starających się zorganizować jakoś świat, w jakim się znalazły.

To świat, na który (być może?) słusznie z nienawiścią patrzą wszelcy ekstremiści, uliczni prorocy, zamachowcy-samobójcy. Może faktycznie trzeba zbombardować osiedla, ulice, sklepy, galerie handlowe, galerie sztuki, biura i urzędy… Być może życie bez cienia Idei, również tej religijnej, wznoszącej człowieka ponad siebie i jego płaską doczesność, jest godne tylko anihilacji?



Cóż, sama Masłowska o tym nie pisze. Ba! Książka ma konstrukcję klamrową, bowiem opowieść kończy scena, która otwiera cały tekst. Cóż to ma znaczyć? Nic innego, jak tylko przeświadczenie o tym, że donikąd już nie dojdziemy. Będziemy wiecznie kołować ponad lądowiskiem sensu aż skończy nam się paliwo.

1 komentarz:

  1. niedawno ją przeczytałam i w rozpaczy, ze nie widzę tego geniuszu, który jest jej przypisywany, zaglądam do innych, co napisane. Zazdroszczę, że to wszystko widzisz, bo mnie ta powieść tak irytowała, ze do sedna nie doszłam, za dużo 'sterczało po drodze'

    OdpowiedzUsuń