poniedziałek, 25 czerwca 2012

Zbyt letnie kłamstwa, czyli "Letnie kłamstwa" Schlinka

Czytelnicza przygoda z tomem opowiadań Bernharda Schlinka pt. „Letnie kłamstwa” przypomina turnus w popularnej miejscowości wypoczynkowej. Pierwsze dni zajmuje nam zaliczanie najoczywistszych pod słońcem atrakcji – plaży, lodziarni, kilkunastu stoisk z tandetnymi pamiątkami i automatami do gry. Nie liczymy na najmniejsze niespodzianki, chyba że zejdziemy z utartych ścieżek i zapuścimy się w rzadziej odwiedzane dzielnice.

Tak właśnie jest w przypadku opowiadań niemieckiego autora. Pierwsze dwa można spokojnie sobie darować, chyba że sprawia nam masochistyczną przyjemność kontakt z literaturą średnich lotów. Teksty są mało wciągające, falowanie intrygi jest zbyt mechaniczne, rozwiązania rażą bolesnymi dla czytelnika stereotypami. Na przykład w „Nocy w Baden-Baden” główny bohater spotyka francuską kelnerkę, która ni z gruszki, ni z pietruszki, po wymianie kilku zdań, ląduje z nim w łóżku. Napięcia brakuje, a z gasnącymi bez wyrazistej pointy historiami żegnamy się bez żalu. Teksty te mogą z powodzeniem wypełnić kredowy papier ekskluzywnych magazynów dla kobiet. Nic więcej.



Jednak o wiele cięższym grzechem wydaje mi się sam sposób kreacji bohaterów, którym autor każe kłamać jak z nut. Schlink stara się, by jego postacie z lepszej gliny ulepione były. Bo o kim czytamy? Profesorowie, pisarze, wykładowcy, muzycy, elita towarzyska mogąca pozwolić sobie na domek na wsi lub mieszkanie w Nowym Jorku. Ciężko mnie złapać na przynętę w postaci komunałów o ludziach z wyższych sfer, którzy mają na sumieniu niezbyt czyste intencje maskowane mniej lub bardziej niewinnymi bujdami. Zbyt arystokratycznie to brzmi. Nawet momenty, w których autor stara się zbliżyć do prawdziwego życia, przypominają efekt starej zdartej płyty, w której na siłę wtłoczono nowoczesny i bezpłciowy smooth jazzowy kawałek.

Na szczęście parę razy Schlinkowi udaje się miło zaskoczyć – w końcu to autor bestsellerowego „Lektora.” W najlepszym opowiadaniu („Obcy spotkany nocą”) dość drapieżna historia budzi nadzieję na ekscytujący finał, którego jednak... brak i to okazuje się kapitalnym rozwiązaniem całości. Nieprzewidywalnej w swojej przewidywalności i pozornym braku punktu kulminacyjnego. A więc momenty dobre są, na przykład „Dom w lesie”, gdzie nie sposób oderwać oczu od intryg męża zazdrosnego o literacką karierę żony. Jednak te nieliczne przebłyski nie zwiastują burzy. To tylko obietnice, które zaostrzywszy apetyt, zostawiają czytelników z uczuciem głodu.

„Letnie kłamstwa” to idealna lektura na plażę, gdzie przez okulary przeciwsłoneczne dość wiarygodnie wygląda średniej klasy psychologia. Zimą dni ciężkie jak Kafka niesiony przez Dostojewskiego sprawią, że tom opowiadań Schlinka zacznie ważyć tyle, co motyl, którego życie rozpisano na dwa krótkie ciepłe miesiące.


Recenzja ukazała się pierwotnie na stronach portalu LubimyCzytać.pl w dniu 25.06.2012.

sobota, 23 czerwca 2012

Bez dystansu, czyli "Pełna krew" Jarosza

Są dwa rodzaje artystów, dla których podziw jest w pełni zrozumiały. Jedni błyszczą nieziemskim światłem, które oślepia, obezwładnia i hipnotyzuje. Zdają się należeć do innej rasy, wyrastać ponad rzeczywistość, unosić się nad jej szarą powierzchnią, by tworzyć rzeczy zadziwiające i porywające.

Drugi rodzaj to ci, którzy bliżej mają do nas niż nam samym się wydaje. Przypominają dobrych kumpli, z którymi ostatni raz widzieliśmy się pozując do zdjęcia klasowego we wczesnej podstawówce. „Stary, czy my przypadkiem nie siedzieliśmy w jednej ławce?” – pytamy, a potem nad brzegiem rzeki żujemy źdźbła trawy i plujemy do wody zieloną śliną.

Łukasz Jarosz, jeden z najciekawszych poetów urodzonych pod koniec lat 70, autor sześciu tomów poetyckich, należy do tych drugich.

„Pełna krew” to zbiór doskonałych wierszy, które błyskawicznie skracają dystans pomiędzy czytelnikiem a osobą mówiącą. Wierszy dobrze ukorzenionych w rzeczywistości, w żyznej glebie, gdzie nie kiełkują skażone genetycznymi modyfikacjami teksty neoawangardowe. To czysta ziemia. Zaludniona zwykłymi ludźmi, pulsująca tętnem następujących po sobie pokoleń, pomiędzy którymi istnieje żywa więź.



Jarosz nie tworzy świata z papieru, bo świat ten nie miałby racji bytu poza kartkami książek. Autor chwyta to, co namacalne i zmysłowe. Wierzy swoim oczom, które dają najlepsze świadectwo rzeczywistości złożonej z drobnych gestów rozsianych w polu widzenia.

Poezja ta jest wyzwaniem rzuconym światu pędzącemu donikąd. Zamkniętemu w obrębie strzeżonych osiedli, betonowych parkingów, w zimnym świetle sklepów całodobowych. Jarosz to poeta otwartej przestrzeni, natury i jej bolesnych epifanii. Powolnych skurczy zmieniających się pór roku. Autor jest apologetą prowincji, gdzie wciąż można znaleźć czas na krojenie chleba, palenie ognisk i obserwację pozornego bezruchu…

Jarosz zdaje się nie przesiewać swoich obserwacji przez sito prywatnych obsesji i traum. Uniemożliwiłoby to dialog między nim a czytelnikiem, a właśnie na tym (być może złudnym) poczuciu wspólnoty poecie zależy bardzo mocno. Mimo tego, że każdy tekst obdarzony jest wyraźnym autorskim piętnem, nie czujemy się nieproszonymi gośćmi w świecie poety. Jarosz jest raczej bramą lub szeroko otwartym gościńcem niż wieżą, w której zamyka się przed czytelnikiem.

Świat bardziej potrzebuje świadectwa o nim samym niż naszych bebechów, które wywlekalibyśmy przed coraz bardziej znudzonymi odbiorcami. Lepiej rozsiąść się wygodnie w ogrodzie, sięgnąć po coś do picia i po prostu sobie poopowiadać.

Tylko tyle i aż tyle obiecuje poezja Łukasza Jarosza.

Recenzja ukazała się 21.06.2012 roku na stronach portalu LubimyCzytać.pl


PS

Krótko mówiąc, bez mądrzenia się - wolę polskie błoto, mieścinki i prowincję niż strefy kibica i samolubne Centrum, Warszawki, Poznanie, Gdański, Krakowy i Wrocławie...

Albo jak napisał K. Przerwa-Tetmajer:


Wolę polskie gówno w polu
niż fiołki w Neapolu.

wtorek, 12 czerwca 2012

Kody nostalgii, czyli "Player One" Cline'a

Prześledźmy najpierw pewną analogię. Adam Mickiewicz ma 36 lat, kiedy wydaje w roku 1834 „Pana Tadeusza.” Akcja poematu dzieje się w latach 1811-1812. Autor opisuje fikcyjne Soplicowo, ale tak naprawdę rekonstruuje rzeczywistość, jaką poznał będąc czternastoletnim chłopcem.

Ernest Cline ma 39 lat, kiedy wydaje powieść „Player one.” Lwią część opowieści stanowią opisy poszukiwania „skarbu”, na którego trop można trafić, rozwiązując zagadki rozsiane w popkulturowej magmie lat 80-tych. Autor rekonstruuje więc świat, jaki zapamiętał, będąc nastolatkiem.

Do czego zmierzam? Konkluzja jest prosta. „Player One” to jeden wielki nostalgiczny hymn napisany ku chwale dni minionych. Ku czci ery spokojnego konsumpcjonizmu, w jakim pławiła się onegdaj Ameryka.

Fabuła jest starą jak świat (lub hollywoodzkie filmy akcji) historią młodzieńca, Parzivala, na którego barkach spoczywa los świata, w tym przypadku wirtualnego. Bohater walczy z drapieżnym Złym o władzę nad nieludzko rzeczywistą potężną symulacją komputerową zwaną OASIS – takim podrasowanym połączeniem Facebooka, Second Life i Bóg wie czego jeszcze... Po drodze nasz protagonista zabiega o uczucie pięknej dziewczyny, poznanej rzecz jasna w Sieci. Towarzyszy mu wierny, nieco złośliwy, wypróbowany w bojach, przyjaciel. A całość wieńczy przyjemny słodki happy end.

To właśnie fabuła jest w „Player One”, podobnie jak w operze, najmniej istotną częścią dzieła. Liczy się nade wszystko nastrój, dające się zaśpiewać melodie, wysublimowane tło. A amerykański autor scenografię odmalowuje fantastycznie – klimat lat 80-tych, bezpiecznej przystani, do której trafiają umęczone kryzysem wspomnienia czytelników, oddany jest perfekcyjnie. Ilość popkulturowych nawiązań, sugestii, odwołań jest oszałamiająca.




Przeszukując wraz z Parzivalem kolejne światy OASIS – symulacje oldschoolowych gier, klasycznych filmów dla młodzieży, japońskich animacji lub reklam płatków śniadaniowych – możemy poczuć ten sam dreszcz nostalgii, jaki musieli czuć czytelnicy „Pana Tadeusza,” odnajdując w nim choćby przepis na staropolski bigos.

Jasne, że można sięgnąć głębiej i dopatrywać się w „Player One” specyficznej powieści o dojrzewaniu. Swoistego bildungsroman 2.0, w którym bohater zyskuje kolejne doświadczenia, pokonując następujące po sobie poziomy trudności gry. Z drugiej strony można postawić zarzut, że ktoś, kto nie znał z autopsji opisywanej dekady lub nie wziął solidnych korepetycji z epoki pierwocin gier komputerowych i sielankowych seriali komediowych, może poczuć zamęt. Kotłowaninę pustych nazw i tytułów.

Jednak całość czyta się znakomicie. Głównemu bohaterowi nie sposób nie kibicować, bo i niegłupi to chłopak, ma szlachetne intencje i poczucie humoru momentami niczego sobie. Napięcie budowane jest stopniowo, ale konsekwentnie. Finał przewidywalny, choć niewymuszony. Czy trzeba czegoś więcej, by stworzyć hit wydawniczy i spokojnie czekać na ekranizację?

Na zakończenie dodam tylko, że jedna rzecz wciąż nie daje mi spokoju – czy gdyby podobna powieść powstała w Polsce, klucze do władzy absolutnej w rzeczywistości wirtualnej rozsiano by w takich filmach jak „Pan Kleks w kosmosie”? Być może...


Recenzja ukazała się na portalu LubimyCzytać 11.06.2012 roku.

środa, 6 czerwca 2012

Podobno szczęścia nie dają, czyli "Pieniądze" Casado

Zacznę z przytupem. Rok 1887. Jan Kasprowicz wydaje cykl czterdziestu sonetów pod wspólnym tytułem "Z chałupy." Zbiór to dość niezwykły, bo na tle kształtujących się nurtów modernistycznych (dekadentyzm, oderwany od rzeczywistości symbolizm etc.)w bardzo dosłowny, naturalistyczny wręcz sposób, ujawnia bolesną prawdę o polskiej wsi schyłku XIX wieku.

Bieda. Wyzysk. Wegetacja. Ludzkie wraki snują się między zagrodami. Chude krowy nie dają mleka. Jałowa ziemia nie rodzi niczego prócz chwastów. Żebranie staje się jedynym sposobem, by utrzymać siebie i rodzinę. Wieś raz na zawsze traci swój fałszywy sielankowy urok, jaki wymówili nam Kochanowski pospołu z romantykami, widzącymi w prowincji nieskażoną zepsuciem przestrzeń kulturotwórczą.

U Kasprowicza dramat goni dramat. Przykład trzynasty z brzegu:

XIII

Pierwsze lata, kiedy się pobrali,
Szczęście kwitło jak w polu makówki,
Mieli chatę, szkapsko i dwie krówki,
Byli młodzi - siali i sprzątali...

Ale potem - niech się Bóg pożali...
Ciężkie zimy i ciężkie przednówki
I w pierzynie wciąż liczniejsze główki -
Poszło bydło, chata i tak dalej.

Dziś, jak dzieje się zwykle z tą sprawą,
Kiedy kłopot zagnieździ się w łoże,
Kiedy bieda pochwyci za szyję:

On zakończył w karczmisku pod ławą,
Dzieci w służbie, a ona, niebożę,
Od wsi do wsi, dziś żebrze i pije...


Oczywiście dziś komuś może pobrzmiewać to cepelią pachnącą naftaliną. Jednak nie dajmy się zbyt łatwo zwieść kostiumom, w jakich paradują owi nieszczęśnicy. Wszystko jest jak najbardziej realne i boleśnie wiarygodne.

Tym wiarygodniejsze, że podobne tony znajdziemy w tomie wierszy pt. "Pieniądze" autorstwa hiszpańskiego poety Pablo Garcii Casado. Tegorocznego laureata nagrody Europejski Poeta Wolności

Sewilla Wschodnia

To mężczyzna, który idzie sam przez osiedle. We wtorek rano, w porze,
gdy wszyscy pracują. Patrzy na swój telefon, sprawdza, czy dobrze
działa, czy ma zasięg i pełne baterie. Jeszcze może kontrolować sytuację.
To mężczyzna, który czeka na wiadomość, wyszedł z domu, bo musi
pomysleć, pomyśleć o czymś. Żona patrzy na niego z balkonu z dzieckiem
na rękach, pod koszulą piersi obwisłe od karmienia. Piersi kiedyś
wysmarowane brylantyną, szaleństwo w dyskotece, wszyscy ci faceci
i tylko ty, z tą twarzą ptaka. Chodź, zabiorę cię z tego piekła, robię trochę
w biznesie
. Ten sam mężczyzna, który dziś klęka przed bankomatem
i błaga, wybacz nam, Panie, wybacz.


"Pieniądze" biją na głowę większość poetyckiej dłubaniny, jaka ukazała się w tym roku w Polsce. W Polsce, gdzie główny nurt poezji, o której rozpisują się opiniotwórczy krytycy, szerokim łukiem omija nie tylko kwestie społeczne ale w ogóle rzeczywistość jako taką. Wszystko w naszej poezji musi unosić się w narcystyczno-onanistycznym sosie wybujałego "Ja mówiącego", które tak naprawdę nie mówi nikomu nic o niczym i nikogo nie interesują jego mamroty.

Casado natomiast miażdży realizmem, wyczuciem historycznej chwili, gdyż obserwując upadek własnego kraju, staje się tak naprawdę kronikarzem kończącego się nieudanego eksperymentu, jakim był (?) kapitalizm.

Jego wiersze, ostatnie zapisy z dziennika pokładowego tonącego państwa, układają się w panoramę losów ludzi, którzy zaufali kapitałowi, uwierzyli we własne szczęście, w dobrobyt, w niekończącą się fiestę, jaką miało być życie obywateli Zachodu...



Dziś zmuszani są do upokarzających gestów, słów, umów. Krążą w poszukiwaniu jakiejkolwiek pracy. Stale się dokształcają, chcąc uzbroić się w kolejne dyplomy, by ruszyć do walki o utrzymanie się na powierzchni społeczeństwa. Chwytają się sposobów, jakimi brzydzili się w czasach złudnej prosperity...

Zimne drzwi

Drzwi sobotniego poranka otwierają się na świat szlafroków i kapci,
psów, które ujadając, wybiegają na ulicę. Dzieci tłuką jakąś zabawkę,
zmęczone twarze odpowiadają proszę stąd odejść, nie chcemy niczego
kupować
. Oczy po drugiej stronie wizjera, oczy sąsiada. Ale są drzwi,
zza których czuć zapach kawy i słychać radio, prostą muzykę, piosenkę
o dobrych uczuciach. Chciałbyś tam wejść, rozpiąć guzik koszuli i zdjąć
krawat, usiąść razem do śniadania. Słyszysz, jak woda z prysznica uderza
o ciało. Ale te drzwi zamykają się tak samo jak inne, uprzejmie, ale na
dobre. Przykro nam, mamy już dużo książek.


Smutna to książka. Jedna z najbardziej przygnębiających i pozbawiających nadziei. Ale tego typu dławiący ton być może uświadomi komuś, na jak kruchych fundamentach budujemy nasze domy. I jak niewiele o życiu wiemy, gdy zignorujemy podstawowy fakt - pieniądze szczęście dają...

PS

Liczba bezrobotnych w Hiszpanii wzrosła w marcu o prawie 39 tys. i osiągnęła rekordowy poziom 4,75 mln. Według danych Eurostatu bezrobocie w tym kraju jest najwyższe w państwach UE i wynosi 23,6 proc.




Jak Sokrates z Gretą Garbo, czyli "Droga pani Schubert..." Ewy Lipskiej

W Polsce Nowa Fala była zjawiskiem nie tylko artystycznym. Uderzając siłą żywiołu poezji w skały nowomowy, w falochrony propagandy, starała się pokazać prawdę o rzeczywistości lat 60-tych i 70-tych. Zedrzeć oficjalne plakaty i odsłonić pękającą fasadę, którą skrzętnie ukrywano przed społeczeństwem. Chciała przyczynić się do przywrócenia podstawowej równowagi pomiędzy światem a słowami, które ten świat chcą nazwać. Był to więc swoisty akt filozoficznej niezgody na manipulację.

Do dziś poezja Ewy Lipskiej, jednej z najważniejszych postaci Nowej Fali, czerpie siłę, broniąc źródeł, których nie zdążyły zatruć toksyczne zjawiska, z jakimi obcowaliśmy i obcujemy. Niegdyś inżynierowie dusz, dziś między innymi copywriterzy, dziennikarze, instrumentalizują język, by zamienić go w księgę zaklęć, pod wpływem których wybierzemy „właściwego kandydata”, a następnie kupimy „najlepszy produkt.”

Lipska stara się mechanicznie powielane slogany rozbijać w proch gorzką ironią, subtelnym sarkazmem. Pokazuje pustkę, sztuczność i niskie pobudki, jakimi kierują się ci, którzy operują słowem przeciwko ludziom. Najnowszy tom Ewy Lipskiej też wymierza policzki światu, w którym dominuje wyszczekany banał. Światu „umierającego dolara”, sezonowych diet, ekologicznego jedzenia, kruszącej się wiary w stabilność wszelkich instytucji.

„Droga pani Schubert…” to zbiór twardych, skoncentrowanych komunikatów. Sam tytuł sugeruje, że czytamy czyjąś korespondencję. Naginamy jej tajemnicę, by odsłonić świat emocji, tęsknot, zawiedzionych nadziei, które powinny się kłębić i kąsać, ale te raczej paraliżują chłodem i spokojem, z jakim autorka opowiada o przemijaniu.

Pierwszy raz tak wyraźnie, w tej dość odpornej na sentymentalne podróże liryce widać spojrzenie wstecz – ale i ono, to raczej trzeźwa konstatacja urodzona pod wpływem obserwacji samej siebie, przed którą zamknęły się na zawsze słodkie krainy dzieciństwa, młodości, pierwszych budujących tożsamość doznań. Doświadczenie przyjęte z godnością ale i smutkiem.

Lipska gromadzi rekwizyty, nazwiska, tytuły, jakby chciała słabnącymi ramionami objąć wszystko to, co po drodze i tak musi upuścić. Wszystko, o czym ma zapomnieć. Stąd w całym tomie rozsiane pytania, dotyczące natury czasu i jego miażdżącej siły.

W ważnym dla wymowy zbioru wierszu „Lustro” spotykają się Sokrates z Gretą Garbo.





Nieprzypadkowo. Te dwie ikony to istotne punkty odniesienia, pokazujące całą rozpiętość ról, jakie jest nam dane w życiu odgrywać. Od symbolu wyrafinowanego piękna, za jaki siebie zapewne mamy, po mniej urodziwego nosiciela cierpkiej mądrości, w jakiego zmieniamy się z wiekiem.

Recenzja ukazała się 5 czerwca 2012 roku na stronach portalu LubimyCzytać.pl.