poniedziałek, 18 marca 2013

Obca planeta Ziemia, czyli "Próba inwazji" Białczyńskiego


Nie ma niczego łatwiejszego i przyjemniejszego niż pisanie omówień książek nieudanych, słabych, wadliwych. Kulawych i ślepych. Wystarczy odrobina koncentracji, odpowiednia dawka złośliwości i szlachetna umiejętność tworzenia piętrowych porównań, za pomocą których ośmieszymy ofiarę błyskotliwym konceptem.

Cóż, z pisaniem o „Próbie inwazji” Białczyńskiego szło mi nieziemsko trudno, gdyż jest to powieść znakomita, najlepsza chyba spośród tych, które do tej pory zdarzyło mi się znaleźć na półce pod tytułem „Stara polska fantastyka.”

Książka napisana 40 lat temu (!) wciąż brzmi świeżo. A świadomość, jaką Autor obdarzył swój projekt, literacka żonglerka konwencjami, ożywcza onomastyka, przebłyski niewymuszonego humoru, a nawet dość poważnie i wciąż aktualnie brzmiące problemy, sprawiają, że powieść czyta się doskonale.

Planeta Phasang. Odległa (dosłownie) cywilizacja przyszłości, która jako żywo przypomina naszą starą dobrą Ziemię z jej wszystkimi anomaliami, patologiami, ze społeczeństwem pozornego dobrobytu, zbiorowością otoczoną nienachalną ale zaawansowaną technologią. To obca planeta Ziemia. Taki paradoks serwuje nam Białczyński na „dzień dobry” i tym samym anuluje konieczność tworzenia dziwacznych wizji „inności”, mnożenia karkołomnych obrazów świata zaludnionego przez kreatury mające po 18 rąk, czułki i zdolność czytania w myślach. Chwała mu za to, myślę sobie i dodaję: „Obcy to my.”



Osią fabuły jest prowadzone przez inspektora Offa śledztwo w sprawie kradzieży arcytajnych dokumentów – dowodów istnienia w Kosmosie innej cywilizacji. Śledztwo to niebezpieczne, gdyż na życie policjanta zaczynają czyhać coraz to groźniejsze siły, a on sam zbyt często pcha się w łapy prześladowców. Szuka prawdy, więc jest okłamywany. Grozi mu się śmiercią, więc sam nie pozostaje dłużny prześladowcom. Kłania się nisko konwencja noir. Czarny kryminał na obcej planecie. Robi się podwójnie miło. Zwłaszcza, gdy pojawia się ładna, roznegliżowana kobieta i wanna pełna ciepłej wody…

Dorzućmy „realia” – świat opisany jest precyzyjnie, niezwykle plastycznie, niemal trójwymiarowo. Detale architektury, pojazdów, ubrań. Kolory i faktury. Nazwy własne. Tu padam do nóg Autorowi, który z niesamowitym wyczuciem języka ponazywał to, czym posługują się, czym przemieszczają i co na siebie zakładają mieszkańcy planety Phasang.

Nawet skłonny do lingwistycznych igraszek Stanisław Lem moim skromnym zdaniem oddaje pola Białczyńskiemu. Lem nazywa po swojemu (choćby w „Bajkach robotów” lub w „Cyberiadzie”), by uruchomić mniej lub bardziej groteskowy gejzer skojarzeń, odwołań do głównego nurtu języka, stara się bawić formą, rozbijać ją lub żenić z najdziwniejszymi stylistykami. Natomiast Białczyński jest poważny – neologizmy NIGDY nie są w „Próbie inwazji” igraszką, celem samym w sobie. Autor traktuje mnie poważnie i za to mu jestem wdzięczny.

Czy coś jeszcze? Tak. Niewymuszone rozważania głównego bohatera, który analizuje system społeczny swojej ojczyzny, zagubienie w meandrach technologii, wpływ wszechwładnych służb na delikatną tkankę wolności obywatelskiej. Wszystko to pojawia się jakby obok fabuły, w rzadkich momentach zawieszenia gorączkowej, nerwowej szarpaniny z rozpędzoną intrygą.

Całość delikatnie komplikuje zakończenie. Cóż, trudno się nie zgubić, gdy w finale pojawia się bodajże pięciu (!!!) sobowtórów głównego bohatera. Jednak nawet ta delikatna wpadka Autora, który być może chciał napisać zbyt wiele na zbyt małej powierzchni, nie razi. Tym bardziej, że po kilkustronicowej enigmatycznej galopadzie i kotłowaninie całość udaje się doprowadzić do porządku. 

Zagadki zostają rozwiązane, wątki wiążą się w jedną całość. Fabuła dogasa. Czytelnik łapie oddech, mając wrażenie, że wrócił ze zbyt krótkiej podróży…

4 komentarze:

  1. Czytałem tę książkę przed wiekami, ale do dzisiaj pozostało mi po tej lekturze niezapomniane wrażenie. I faktycznie, końcówka wydaje się być wzięta z zupełnie innej bajki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za poparcie moich tez. A już myślałem, że się wygłupiam z tym moim zachwytem.

      pzdr

      Usuń
    2. W czasach Jedynej Słusznej Ideologii to był prawdziwy powiew świeżości. Niedługo zabiorę się do niej ponownie i wtedy ocenię jak czyta się ją po tylu latach ^^

      Usuń
    3. Ukazało się nawet wznowienie tej powieści. Dobry to ruch, jak mniemam.

      Usuń