środa, 19 czerwca 2013

Niedoczekanie, czyli "Twarzą ku ziemi" Parowskiego

Być może próbuję wziąć zbyt szeroki zamach i uderzyć bykowcem święta krowę polskiej fantastyki naukowej, ale zaryzykuję. Co mi tam! Otóż z całą powagą urzędu stwierdzam, że socjologiczny odłam polskiej fantastyki naukowej nie wydawał na świat samych tylko arcydzieł, które pod powierzchnią alegorycznej wizji starały się pokazać prawdę o umęczonym kłamstwem polskim (i nie tylko) społeczeństwie. Nie! „Twarzą ku ziemi” Macieja Parowskiego jest chyba najlepszym dowodem potwierdzającym moje słowa.

Duchowym patronem Autora jest Franz Kafka, to przecież jego „Procesem” (cytatami z tej powieści) Parowski otwiera każdy rozdział. Co to ma nam sugerować? Atmosferę grozy? Absurdu? Dojmujące poczucie bezsensu i daremności starań o sprawiedliwość w świecie, w którym nie obowiązują żadne czytelne zasady społeczne, nie mówiąc już o regułach prawa? Po części Parowski wywiązuje się z obietnicy złożonej tekstem Kafki.

Z Józefem K. bohatera „Twarzą ku ziemi” łączy wiele. To przecięty pozbawiony przymiotów ciała i ducha obywatel żyjący jak tysiące mu podobnych w betonowym mrówkowcu. Rytm dnia i nocy jest upiornie przewidywalny – jeść, wypić, pogapić się na telewizję, włączyć trójwymiarową projekcję porno (żona na wczasach), napić się z kumplem płynu wysokoprocentowego. Znów pogapić się w telewizor, ponarzekać, pokręcić się po mieszkaniu, wyjść „na miasto”, by polować na rozrywkę w stylu „śmiertelny wypadek samochodowy.”

Tak, to się Parowskiemu udało. Najlepsze partie jego powieści to opisy nudy, wymuszonych kontaktów między niezbyt bliskimi sobie ludźmi, snucia się między meblami, gapienia się przez okno lub w szklany ekran telewizora, na którym już za chwilę spodziewamy się zobaczyć występ ABBY. Podejrzewam, że tak właśnie mogła wyglądać rzeczywistość schyłku lat 70. Tak mówili ludzie, tak myśleli, tak szukali ucieczki ze świata, w którym nic nigdy nikomu się nie zdarza.



Cóż, to chyba na tyle, jeżeli chodzi o dodatnie plusy tej książki. Reszta? Głównym grzechem polskiej zaangażowanej fantastyki jest przelicytowywanie się. Autor zbyt wielki ciężar kładzie na barki formy w sumie rozrywkowej, a potem czytelnik dziwić się będzie, że takie „Twarzą ku ziemi” skręca od czasu do czasu w dziwną z punktu widzenia fabuły stronę, kończy się w zasadzie niczym, pozostawia uczucie bałaganu, chaosu, niespełnionej obietnicy.

Bo tak właśnie sprawa wygląda z debiutancką powieścią Parowskiego. Nieźle, sugestywnie oddana aura beznadziei, nudy i wegetacji rozpuszcza się szybko w udziwnionych, na siłę sensacyjnych perypetiach głównego bohatera. Jasne, mamy tu sporo celnych metafor, które sprawnie punktują PRL-owską rzeczywistość, ale brakuje czegoś, czego uchwyci się czytelnik. Brakuje fabuły, intrygi, choćby zarzewia jakiegoś intrygującego tropu, którym mogłaby pójść uwaga odbiorcy.

Niby coś tam Parowski próbuje nam zasygnalizować. Jest jakaś „afera”, którą mógłby rozgryźć bohater, ale dość szybko tracimy cierpliwość do śledzenia nieporadnych prób Autora, który nijak nie potrafi uwolnić się z męczącego mnożenia niedopowiedzeń, jakim ponoć miałby patronować sam Kafka…

Niedoczekanie.


Niestety.

2 komentarze:

  1. Co prawda ostatni raz czytałem tę książkę chyba w czasach schyłkowego PRL-u i w pamięci zachował mi się nieco inny jej obraz, ale z jednym muszę się zgodzić, obraz życia w blokowiskach wielkiego miasta jest niesamowicie realistyczny. W porównaniu z nim (niby)sensacyjna część książki wypada wyjątkowo blado.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, teraz na to wpadłem - ta powieść jest po prostu manieryczna, skupiona na celebrowaniu "dziwności" zdarzeń i miejsc poza kapitalnie odmalowanym blokowiskiem. I stąd wynika moje finalne rozczarowanie.

      Ale mrówkowce, stosując nomenklaturę Białoszewskiego, niczego sobie!

      pzdr

      Usuń