wtorek, 26 lutego 2013

Hendrixa chwalicie, Zarasia nie znacie, czyli "Ostatni wiejscy muzykanci" Bieńkowskiego


Smutek. Głęboki, bezbrzeżny smutek. Poczucie osierocenia. Fascynacja, potem być może nuta złości okraszona kilkoma ziarnami bezradności. Te uczucia towarzyszyły mi, gdy pochylałem się nad niezwykłą książką Andrzeja Bieńkowskiego – „Ostatni wiejscy muzykanci.”
Z czym mamy do czynienia? Z raportem spisanym na terytorium ginącego już świata? Z dowodem żarliwej miłości do najgłębszych korzeni naszej kultury? Z potężnym zbiorem fotografii ludzi, których twarze napiętnowały zarówno dni pełne cierpliwego trudu, jak i chwile ekstatycznej zabawy? Z przystępnym przewodnikiem po zawiłej, tajemniczej i pełnej dramatów historii wiejskich muzyków? Ze zbiorem pysznych anegdot, które odsłaniają przed nami egzotyczny, wydawać by się mogło, że niemożliwy wszechświat obyczajów i zabobonów?
Mamy do czynienia z tym wszystkim. „Ostatni wiejscy muzykanci” to książka, którą należy się delektować, smakować ją, wpatrując się w czarno-białe fotografie, z których patrzą na nas ci, którzy już w większości odeszli z tego świata. Muzykanci. Samorodni geniusze skrzypiec, harmonii, bębnów. Naturszczycy, którzy krótki temat mazurka lub oberka odgrywany na weselu potrafili obudować półgodzinną misterną improwizacją. O maestrii wykonawców niech świadczy fakt, że bardzo często nikt z weselników nie potrafił po skończonej uroczystości zanucić nawet fragmentu tych ognistych improwizacji. Bieńkowski wyraźnie w wielu miejscach podkreśla, jak blisko stąd do zjawisk obecnych w światowej muzyce występujących chociażby za sprawą jazzu lub bluesa.
Autor, profesor Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, etnograf, roztacza przed nami panoramę umierającego świata, który na szczęście zafascynował go wystarczająco wcześnie, by zdążył porozmawiać z tymi, którzy są bohaterami książki. Stopniowo, mozolnie krusząc mur nieufności, odkrywał krainy zamieszkane przez wczorajszych bohaterów wesel, a dziś zgorzkniałych, powalonych starością, chorobami, często opuszczonych ludzi. To ich fotografował. To ich (na szczęście skutecznie) namawiał, by być może po raz ostatni sięgnęli po zakurzone skrzypce i dali się porwać sile muzyki, jaka w młodości wyrywała ich samych oraz słuchaczy z kieratu ciężkiej wiejskiej egzystencji.
Bieńkowski podkreśla użytkowe walory tej sztuki. Muzyka miała przede wszystkim zmuszać do szaleńczego tańca. Nie było tu filozofii, górnolotnych ambicji. Muzykowanie to fach jak każdy inny, stąd dość łatwo bohaterowie opowieści zmieniali profesje, gdy przestały im wystarczać niewygórowane honoraria i weselna wódka. Sprzedawano instrumenty, składowano na strychach lub w stodołach, gdzie padały ofiarą wilgoci lub myszy.
Deską do trumny okazały się czasy PRL-u, gdy żadnego „niezweryfikowanego” muzyka po prostu nie dopuszczano do gry, odcinając od kontaktu z odbiorcami. Tym zresztą też przestały wystarczać surowe skrzypce, basy i bębny. Pojawiło się radio, potem rock and roll, na końcu syntetyczne brzmienia instrumentów elektronicznych, które zdefiniowały na nowo to, co nazywamy „muzyką do tańca.”
Smutny to finał, skoro w naszym chłopskim przecież narodzie, klucze do pamięci o najstarszych tradycjach muzycznych przechowują nieliczni, gdy tymczasem cała reszta wsłuchuje się w przetworzone dźwięki płynące z dalekiego świata. Jednak ci nieliczni, organizujący festiwale i przeglądy autentycznych ludowych zespołów, rekonstruujący dźwięki z krainy umarłych, potrafią rozdmuchać, wydawać by się mogło, wygasłe ognisko. I tu tli się resztka nadziei…



Tytuł tej recenzji jest oczywistą prowokacją. Wszyscy znamy wpływ Hendrixa na rozwój muzyki, natomiast o Józefie Zarasiu słyszeli nieliczni. A trzeba wiedzieć, że jego grę na skrzypcach, ekstatyczną, żywiołową, hipnotyzującą, mogą podziwiać ci, którzy obejrzą dołączoną do książki płytę DVD. Gdyby tylko Zaraś urodził się daleko stąd, sięgnął po gitarę elektryczną, to kto wie, czym by się to wszystko skończyło…

sobota, 23 lutego 2013

Repetytorium z dystopii, czyli "Algorytm pustki" Głowackiego


Zaczyna się tak, jak nie lubię. Główny bohater budzi się w obcym świecie, ma na sobie brudny porozciągany sweter, pokaleczone ciało, a w głowie pustkę. Z trudem podnosi się, by brnąć przez brzydki, postindustrialny pejzaż. Mija dziwacznie poprzebieranych ludzi, którzy zdają się go nie zauważać. 

Wypisz wymaluj student „wracający do życia” po udanych juwenaliach…

Bądźmy jednak przez chwilę poważni. Głowacki taki jest i dobrze to służy „Algorytmowi pustki”, który błyskawicznie wrzuca nas w głąb iście kafkowskiej dystopii. Mnoży niedopowiedzenia, które sprawiają, że czytelnik wiele razy może samodzielnie drążyć w nakreślonej subtelnie ponurej wizji, a bohater po omacku próbuje dotrzeć do prawdy o świecie i sobie samym.

To wielka siła tej powieści - niedopowiedzenie. Świat przedstawiony to opresyjna Utopia, System, którego poszczególne Strefy oddziela mechanizm śluz, a komunikacja między nimi utrudnia system punktów, jakie mogą zbierać obywatele. Życie w zależności od poziomu Strefy jest mniej lub bardziej znośne. Obywatele mniej lub bardziej markotni, ponurzy i wypaleni. Ta typowa dla fantastyki naukowej upiorna wizja przyszłości jest dlatego silna, bo Autor nie stara się wypełnić w niej wszystkich białych plam. To, czego nie widać, działa na korzyść całej powieści.

W tym świecie próbuje się rozgościć nasz bohater niepamiętający niczego ze swoich około 30 lat życia. Nie ma identyfikującego go chipu, co rażąco przeczy logice Systemu, nie wie, kim jest, więc System zaczyna proces resocjalizacji tego elementu aspołecznego. 

Efektem będzie nowa tożsamość, stabilne miejsce w strukturze Migratonu, a nawet dość szybki awans owocujący wcieleniem bohatera do tajnego Oddziału K, którego członkowie zmuszani są do podejmowania się przedziwnych zadań.

Siłą tej wizji jest więc przede wszystkim sugestia - niewiele wiemy na pewno. Wiedza o rzeczywistości jest ograniczona, ale Głowacki dba o to, by nasza wyobraźnia pracowała i zapuszczała korzenie w zaledwie naszkicowanej wizji. Bardzo dobrze to świadczy o samym Autorze, który potrafi osierocić arcyciekawy pomysł i zrzucić odpowiedzialność za jego kontynuację na wyobraźnię czytelnika.

Inną kwestią jest oczywista dystopijność wizji. Państwo-Miasto, które kontroluje każdą dziedzinę życia obywateli, reglamentuje awans na wyższy poziom drabiny społecznej, zapewnia tylko minimum środków, a od wczesnego dzieciństwa premiuje donosicielstwo jako jedyny sposób na sukces, to przecież  nic innego jak czytelna metafora totalitarnego kraju.

Dystopia gastronomiczna


Dajmy na to PRL-u...

Dodajmy do tego jeszcze ponury urbanistyczny krajobraz - brudne ulice, place, podwórka. Majestatyczne gmachy, slamsy, duszne jadłodajnie. Mamy czytelny, plastyczny i niemal namacalny obraz polskiej rzeczywistości średniej wielkości miasta wojewódzkiego, dajmy na to połowy z połowy lat 80.

Dobra to powieść. Poważna i rozpisana w najlepszym duchu wielkich ostrzeżeń przed Państwem-Molochem. Jest to również doskonałe świadectwo walki, jaką toczyła polska proza fantastyczno-naukowa, gdy nie wolno było mówić wprost o tym, co zgrzytało w boleśnie realistycznej warstwie życia...

sobota, 16 lutego 2013

Towarzystwo krzewienia kultury świeckiej, czyli "Ósmy krąg piekieł" Borunia

Moja wysoka ocena tej książki wynika zapewne z faktu, że odczytałem ją KOMPLETNIE INACZEJ niż życzyłby sobie tego Autor. Wyciągnąłem odwrotne wnioski. Poszedłem w stronę, którą Boruń starał się zdyskredytować, momentami nawet ośmieszyć. I ten spacer okazał się niezwykle ożywczy, gdyż okazało się, w jak dziwnych kontekstach mogła powstawać polska literatura s-f czasów Polski Rzeczpospolitej Ludowej.

Od początku zatem. Powieść uruchamia stary motyw podróży w czasie, robi to jednak "na odwyrtkę", czyli to osobnik wyrwany z mroków wieków średnich (ponury, zapalczywy inkwizytor) ląduje za sprawą manipulacji kosmitów w Polsce XXI wieku. 

Autor raczej skąpi nam szczegółów owej podróży w czasie, gdyż interesuje go coś innego - jak świadomość osoby urodzonej i ukształtowanej pod słońcem teocentryzmu odnajdzie się w wybitnie zeświecczonej, nowoczesnej, dostatniej krainie. Jak srogi inkwizytor, który bez mrugnięcia okiem wysyłał ludzi na stosy, poradzi sobie w obcych sobie realiach.

Nie odnajdzie się - z góry uprzedzam. Nie poradzi sobie. Biedny gość z otchłani czasu co i rusz odkrywa kolejne bulwersujące szczegóły obyczajowe XXI wieku - ludzie się nie modlą, rzadko kto wierzy w Boga, plażują w lubieżnych strojach kąpielowych, maszyny panoszą się wszędzie etc. Nawet kontakty z początkowo przyjaznymi mu naukowcami lub zwykłymi śmiertelnikami kończą się bolesnymi nieporozumieniami. 


Typowe rozrywki praktykujących katolików


Groza i tytułowe piekło. To otacza głównego bohatera. Tak właśnie widzi on rzeczywistość, a uprowadzenie przez kosmitów odczytuje jako próbę wiary, jaką zafundował mu sam Stwórca. 

Ech...

Z "Ósmego kręgu piekieł" mogłaby powstać całkiem niezła analiza umysłu osoby owładniętej manią religijną. Kogoś, kto wszędzie zawsze widzi tajemne sygnały pochodzące od Istot Wyższych. Czyta symbole, szuka ukrytych sensów tam, gdzie ich nie ma. Boruń jednak nie pożenił powieści psychologicznej z fantastyką, gdyż książka ta brzmi jak broszurka organizacji, której rozkwit pamiętają właśnie czasy PRL-u. 

"Towarzystwo Krzewienia Kultury Świeckiej." Tak, istniało coś takiego, a pomiędzy wieloma założeniami ideowymi czytamy o takich dwóch celach: 

"rozwój przekonań i postaw współczesnego człowieka – wolnego od mitów i złudzeń religijnych, walczącego aktywnie o zwycięstwo ideałów socjalistycznego humanizmu";

"pogłębianie ogólnodemokratycznych, laickich zasad współżycia społecznego: zasady prywatności religii, rozdziału Kościoła od instytucji świeckich, wolności sumienia i wyznania oraz tolerancji."

Miałem dość nieprzyjemne wrażenie, że Autor doszczętnie zaprzedał się ślepej wierze w dobroczynne skutki istnienia cywilizacji, z której usunięto wszelkie objawy religijności. A ją samą zamknięto w kościołach lub w sferze niegroźnego hobby. Czy tak właśnie Partia wyobrażała sobie miejsce w społeczeństwie ludzi wierzących i praktykujących? Bardzo prawdopodobne. 

Sam finał powieści, gdy inkwizytor odkrywa swoją prawdziwą naturę gwałtownika i sadysty, by potem zrozumieć, jaką krzywdę wyrządził bliskiej osobie, brzmi już groźnie. 

Cóż nam bowiem mówi Boruń? Uważajcie na tych, którzy wierzą w te wszystkie zabobony o Bogu! 

(Ta przestroga brzmi dziś zgoła inaczej - uważajcie na tych, którzy wierzą w potęgę czystego rozumu i intelektu.)

"Ósmy krąg piekieł" jest więc smutnym (ale i wzorcowym) przykładem literatury tendencyjnej ubranej w kostium powieści science-fiction. Pod płaszczem przygodowej konwencji przemycano brzydko brzmiącą propagandę. Pod pozorem walki z ciemnotą, zacofaniem i zaściankiem, ścierano się z duchowością, tajemnicą i niejednoznacznością świata, którego taka postać nie mieściła się w głowach materialistów z kręgów wyżej opisanego Towarzystwa...

poniedziałek, 11 lutego 2013

Soft science fiction, czyli "Przed nami Kasjopeja" Kolendo


Oglądając stare klasyczne (lata 1966-69) odcinki serialu s-f „Star Trek”, nikt nie zastanawia się, na jakiej zasadzie działają fazery, którymi załoga obezwładnia co bardziej opornych mieszkańców wszechświata. Niewielu chyba myśli, jakim cudem nasi bohaterowie teleportują się z pokładu „Enterprise’a” na powierzchnię dowolnej planety, i nazad. Jak to możliwe, że kosmos zaludniają tak przedziwne i wysublimowane formy życia, skoro wokół nas głucha cisza i radioteleskopy niczego nie wychwytują.

„Star Trek” wpasowuje się w baśniową (jak chciałby pewnie Roger Caillois, francuski badacz literatury) konwencję, w której nikt nie zadaje sobie pytań o naturę cudowności (w naszym przypadku niezwykłych wynalazków, obcych cywilizacji etc.). Wszystko jest tak naturalne jak kot chodzący w butach z kanonicznej baśni Charlesa Perrault, też Francuza.

Tak sobie mądrze pomyślałem, gdy kończyłem czytać zbiór opowiadań Jerzego Jana Kolendo „Przed nami Kasjopeja.” Wydana w 1988 roku książka opisuje podróż statku międzygwiezdnego „Grawitor”, który pokonuje (z szybkością podświetlną, cokolwiek to znaczy…) przestrzeń międzygwiezdną w poszukiwaniu sygnałów wysyłanych przez inteligentne istoty. Istoty zamieszkujących tytułowy układ Kasjopei…

Książka ta to kamień obrazy dla zwolenników hard science-fiction. Nic, absolutnie nic, nie zostaje wyjaśnione w taki sposób, by zadowolić co bardziej dociekliwych czytelników. Jak to możliwe, że załoga w niezmienionym składzie pokonuje takie hektary wszechświata? Że nikt się nie starzeje? Hibernacja członków załogi jest równie prosta, co mycie zębów? Mogę mnożyć wątpliwości i z ołówkiem w ręku podkreślać zgrzytające z punktu widzenia nauki fragmenty. Jednak tego nie robię…



Spodobały mi się te opowieści – przewidywalne, proste, przywołujące stare dobre czasy hartowania się gatunku, gdy Kosmos i rządzące nim prawa były terenem, na którym kwitły wszelkie najbardziej nawet naiwne wizje. Wszechświat był bogatym i egzotycznym terytorium, świeżą jeszcze wtedy dekoracją, na tle której rozgrywały się stare jak ludzkość dramaty.

Kolando był chyba tego świadomy, gdy kazał mierzyć się swoim dzielnym bohaterom z takimi problemami jak samotność, strach w obliczu nieznanego, tęsknota, zło rzeźbiące nas od zewnątrz… Nic nowego pod słońcem lub inną gwiazdą.

Wysoko oceniam tę rzecz jasna zapomnianą książkę. Dziś już nikt tak nie pisze. Ale właśnie dlatego jest to rzecz unikalna. Tchnącą przedziwnym optymizmem i wiarą w sens eksploracji Nieznanego i Nienazwanego.

Jednak gdyby dzisiaj jakiś szalony wydawca wrzucił w odmęty rynku wznowienie tego zbioru, moglibyśmy spodziewać się małego skandalu. W najlepszym chyba opowiadaniu pt. „Sprawa Alice” mąż tytułowej bohaterki okłada ją pasem, gdyż słusznie podejrzewa, że ta planuje jakąś paskudną zbrodnię, flirtuje z członkami załogi i generalnie taka kosmiczna Lady Makbet z niej jest.

W sumie chłop słusznie podejrzewa, że coś tu brzydko pachnie, ale w naszych czasach tego typu „przemoc domowa” pobrzmiewa nielichą patologią. Cóż, może w przyszłości właśnie przy pomocy paska wybijać się będzie kobietom głupie myśli z głowy…

czwartek, 7 lutego 2013

Filozof na puszczy, czyli "Kochać bez skóry" Hollanka

Tytuł powieści Adama Hollanka brzmi niepokojąco – albo to sugestia wyrafinowanej tortury erotycznej urodzonej w głowach perwersyjnych Japończyków, albo bolesna metafora ograniczeń człowieka, który nigdy nie może do końca odsłonić się podobną sobie istotą. Tak czy siak, mało to wszystko pociągające dla fana science-fiction.

Początek jest równie mało obiecujący – nie ma nic gorszego niż wrzucić czytelników w sam środek świata przyszłości i pozwolić o nim opowiadać w pierwszej osobie bohaterowi, który operuje dziwną odmianę strumienia świadomości. 

Z trudem, opornie wyłaniają się przed nami jakieś szczątki, odłamki rzeczywistości, dla czytelnika przecież fundamentalne. Tu się ma budować opowieść, ale Hollanek zamiast uczciwej i solidnej ekspozycji, mnoży tropy, aluzje, wspomnienia. Ciężko odróżnić fakty od fantazjowania na temat przeszłości, omamy od twardych świadectw tego, co przeżył bohater.

Jednak całość, ku mojej uldze, szybko się normalizuje. Mamy więc solidną dawkę fantastyki „ekologicznej”, która ostrzega ludzi przed pochopnym ingerowaniem w ziemską florę i faunę. 

Eksperyment, jakim było odtworzenie pierwotnej puszczy, swego rodzaju matecznika Matki-Ziemi, szybko obraca się przeciwko samym eksperymentatorom. Naukowa ekspedycja próbuje bezskutecznie wydostać się z prapuszczy, w której rośliny i zwierzęta tylko czekają, aż padną pola siłowe broniące ludzi przed naporem wściekłej „nowej” przyrody.

W międzyczasie pojawia się kobieta, pojawiają się tajemnicze zjawiska, atmosfera gęstnieje, a nam przypominają się wszystkie te opowieści o dżunglach, które nie tylko dybią na ciała wędrowców, ale na dodatek skutecznie perforują dusze tychże.

Mam jednak z Hollankiem pewien problem – jego bohater,  osaczony  przez bestie, wykwity wciąż mutującej przyrody, regularnie, z precyzją szwajcarskiego zegarka, popada w filozoficzną zadumę.
Główkuje całkiem nieźle. Zgrabnie zadaje poważne pytania dotyczące człowieka, jego miejsca w przyrodzie, prawa do ingerencji w mechanizmy planety. Drąży tematy egzystencjalne, przygląda się badawczo sobie… Ale to wszystko dzieje się przy akompaniamencie wyjącej, pałającej żądzą krwi puszczy!


Nie wierzę w to! Muszę tłumaczyć? Chyba nie.

Gdyby Autor skupił się na budowaniu dusznej atmosfery zagrożenia, mielibyśmy twardą, zwartą konstrukcję. Czytelny sygnał alarmowy. 

Mamy tymczasem dziwną, rozszczepiającą się na różne strony opowieść o walce człowieka z eksperymentem, który wyrwał się spod  jego kontroli. Opowieść okraszoną setką niepotrzebnych lub niewiarygodnych dygresji.