czwartek, 17 października 2013

Resocjalizacja sołdata, czyli "Przyjaciel z piekła" Strugackich

Nie lubię bohaterów, których nie lubię. No nie lubię, gdy pierwszoplanową postacią autor czyni kogoś, kto nie budzi mojej sympatii. Może to staroświeckie, nieprofesjonalne, ale po prostu sympatycznie czyta mi się o kimś, komu kibicuję, za kogo trzymam kciuki i życzę mu jak najlepiej. A tutaj?

Początek "Przyjaciela z piekła" braci Strugackich to prawdziwy popis kunsztu rosyjskich autorów - znajdujemy się na pierwszej linii frontu, która to linia akurat spokojnie faluje, gdyż żołnierze korzystają z rzadkich chwil, gdy mogą odpocząć, czekając na kolejne starcie z wrogiem. To obca planeta, niezrozumiała zrazu wojna, ale całość czyta się jak wspomnienia frontowe weterana II Wojny Światowej. Brud, błoto, zaschnięta krew i wściekli dowódcy sztorcujący wyczerpanych szeregowców.



Główny bohater to członek elitarnego oddziału wojska. To z jego żołnierskich ust poznajemy całą niezwykłą historię. To jego barwna dosadna gawęda opisuje, jak został ciężko ranny, jak zabrano go z pola walki, przeniesiono na obcą planetę (tak, na naszą starą dobrą Ziemię) i otoczono troskliwą opieką, by w finale... Nie, nie zdradzę, choć aż tak wielkiej niespodzianki znowu nie ma.

Od samego początku nie potrafiłem czytać tej historii inaczej niż jako metafory spotkania dwóch odmiennych światów egzystujących, dajmy na to, po przeciwnych stronach Żelaznej Kurtyny. Nasz bohater w obcym i "na siłę" przyjaznym świecie nie może wyzbyć się chorobliwej podejrzliwości. Swojego protektora, mądrego i stoicko spokojnego Ziemianina, nie potrafi rozszyfrować przy pomocy prostych, żołnierskich kategorii poznawczych. Szuka walki, zaczepki, prowokuje, spiskuje, mając tylko samego siebie jako partnera w tej rozgrywce. 

Czyż nie tak właśnie zachowywałby się żołnierz Armii Czerwonej, który jakimś cudem znalazłby się po Drugiej Stronie, pomiędzy imperialistami z Zachodu? Czy nauczony nieufności, wytresowany do węszenia, wyćwiczony w postawie "na baczność" sołdat nie widziałby zagrożenia w każdym przejawie dobrej woli? 

Być może.

Być może ta właśnie skromniutka książeczka jest doskonałym ostrzeżeniem przed militaryzmem. A swoisty happy end, końcowe zwycięstwo negatywnego bohatera, uczy nas smutnej prawdy o ludziach, których zresocjalizować w pewnych warunkach się nie da. 

środa, 16 października 2013

Bardzo dobrze, dostateczny, czyli "Białe krzesła" Dąbrowskiej

Czy na pewno Kościelskich? Czy faktycznie "Białym krzesłom" Krystyny Dąbrowskiej, temu skromnemu i sympatycznemu tomikowi należy się ta jedna z najistotniejszych nagród, jakie wręcza się polskim młodym piszącym?

Nie wiem. Długo się nad tym zastanawiałem... Nie, wcale niedługo, bo wystarczyły dwie lektury. Pierwsza solidna - od pierwszego do ostatniego wiersza. Powolutku, uważnie, jakbym przypominał sobie język, którego się kiedyś uczyłem. Druga lektura zamieniała mnie w skoczka szachowego - to tu, to tam zatrzymywałem się, licząc na przypadkowe odkrycie tego, co mogło być wcześniej przeoczone.

Jakie więc mam wiadomości? Cóż, być może nie najlepsze, bo "Białe krzesła" błyszczą światłem, którego nie byłoby widać na dużo jaśniejszym tle. Co mam na myśli? Na tle słabej, pozbawionej jakiejkolwiek siły przebicia, faworyzowanej przez zaprzyjaźnionych krytyków, liryki Dąbrowska brzmi wyjątkowo czysto. Oferując nam w większości wiersze ładne, osadzone w rzeczywistości widzialnej, z rzadka podbite silniejszą metaforą, co akurat dobrze służy solidnie skrojonej poezji. Czasem gdzieś uruchomi głębszą, rozbudowaną refleksję, moment zatrzymania, wniknięcia pod powierzchnię, ale powtarzam - widzialne ma tu niemal za każdym razem przewagę nad niewidzialnym.

Nie dziwi to przywiązanie do obrazu, skoro Autorka jest plastyczką, a sztuki wizualne, których jest zakładnikiem, uwrażliwiły ją na kolor, światło, zarys, linię i scenę. Dąbrowska długo celuje, chwyta sekwencje obrazów, cierpliwie naświetla kliszę pamięci, by wiernie (w to wierzę) oddać przy pomocy słów to, co zostało zobaczone. Można te wiersze z powodzeniem ilustrować, znaleźć w nich orzeźwiający konkret zamiast pseudohermetycznych wynurzeń neoawangardowych poetów. To wielka przyjemność obcować z czymś "co widać." 

Powtarzam więc - "Białe krzesła" to przyzwoita dawka dobrej poezji. Jednak niewiele więcej. Nic, co mogłoby oszołomić, co mogłoby nas zmusić do refleksji i rewizji tego, co wiemy o świecie i tego, co świat nam pokazał. To uroczy pokaz slajdów z podróży (najczęściej Egipt, Ziemia Święta, generalnie Bliski Wschód), jakie mają umilić spotkanie towarzyskie przy winie i serze pleśniowym. Jest sympatycznie, kulturka, ale na drugi dzień niewiele nam z tego zostanie. Kilka migotliwych dobrze się kojarzących obrazków.



Razi też niezrozumiały układ tekstów, jakaś dysproporcja, zachwianie równowagi - początek tomu, jego spora część, to zwarta, skupiona relacja z podróży. Tej dosłownej, fizycznej, odbytej i napisanej. To najlepsza partia książki. Natomiast reszta wygląda jak rozsypany bukiet przypadkowo dobranych kwiatów. Każdy utwór z osobna jest delikatny, kobiecy, subtelny, ale nie komponuje się nijak z całością.

To taka "Relacja z podróży + bonus tracks."

Ponadto mój nos węszy tutaj jakiś podstęp. Powiecie, że szukam paragrafu na "Białe krzesła"? Ano szukam i znalazłem (chyba) - tomik wygląda, jakby pierwotnie miał stanowić arkusz poetycki spod znaku "liryki turystycznej", ale z racji tego, że sam arkusz ma zbyt wątłe ciałko, dodano do niego na siłę kilka niepotrzebnych w tym akurat miejscu tekstów. Tak to widzę.

Poprawcie mnie, jeśli się mylę.

A więc jak to jest z całością? Tak jak w szkole: "Bardzo dobrze. Dobrze. Siadaj. Trzy."

sobota, 12 października 2013

Takie sobie przyjemności staropanieństwa, czyli "Ostatni eksperyment" Iwanowej

Gdy trafia się w lokalnej bibliotece na książkę, której nikt przed nami nie czytał, mamy przedziwne wrażenie - depczemy po niemal bezludnej wyspie, czytamy znaki zostawione przez autora, by wysłać w świat relacje z terra incognita. Bywalcy bibliotek z reguły kursują do półki z napisem NOWOŚCI, a ja chwyciłem za starą zakurzoną książeczkę, nie powieść przecież, pt. "Ostatni eksperyment" autorstwa Julii Iwanowej. 

Serio, książki przede mną NIKT nie wypożyczył. W środku tkwiła wciąż archaiczna poszarzała karta biblioteczna, na której nie zapisano ŻADNEJ adnotacji. 

Stara panna.


(Wszystkie singielki przepraszam)


Sama opowieść jakoś nawet się broni. Początek jest nerwowy, szybko rośnie napięcie. Dzięki prostym trikom fabularnym Autorce udaje się błyskawicznie wprowadzić czytelnika w sam środek świata przedstawionego. Okazuje się, że oprócz naszej poczciwej Ziemi w kosmosie istnieje Ziemia Beta, zaludniona... No, zaludniona ludźmi, bo kim by innym? Nasi próbują zagadać z Tamtymi, ale Tamci nie mają ochoty, bo... No, po prostu nie mają ochoty, a przy okazji zestrzeliwują nasz statek kosmiczny, którym leciały kobiety, starcy i dzieci. Jedno więc wydaje się być pewne - nie będzie łatwo w przyszłości się dogadać, a przeprosiny i bombonierka "Merci" nie wystarczą, by zapomnieć o trudnych początkach znajomości.

Mamy zwrot, a w zasadzie gwałtowny przeskok - poznajemy główną bohaterkę, która jako starsza zgorzkniała właścicielka firmy oferującej eutanazję na życzenie, eutanazję w całkiem miłym anturażu dodajmy, snuje marzenia o wiecznej młodości. I dostaje od losu prezent - do jej firmy trafia młoda piękna kobieta, która pragnie popełnić bezbolesne samobójstwo. Nasza bohaterka dysponując maszyną do przeszczepiania tożsamości, uśmierca kwitnące dziewczę, a sama w jej ciało przenosi swą własną, przechodzoną już nieco osobowość.

Mało? Bohaterkę czekają spore problemy, bo jędrne i świeże ciałko to jedno, a drugie to fakt, że dziewczyna, której popełniono samobójstwo okazuje się być tajną agentką rozpracowującą pewnego iluzjonistę - obiekt zainteresowania służb specjalnych planety...

Książka oferuje sporo niespodzianek, wiele wiraży i ostrych zakrętów, na których prawdopodobieństwo tej historii omal się nie roztrzaskuje. Jednak nie jestem pewien, na ile Autorka z rozmysłem prowadziła czytelnika aż tak krętą ścieżką. Intuicja podpowiada mi, że być może sama nie do końca wiedziała, czym skończy się ta historia. Być może to jakiś egzotyczny owoc improwizacji, wolnej ręki, jaką dała sobie w momencie, gdy rozpisała kilka pierwszych scen? Nie wiem

Jednak ciepło myślę o tej książeczce - z reguły drażni mnie niemiłosiernie mieszanie rozważań o miłości (tak, "Ostatni eksperyment" to również specyficzna love story) i literatury s-f, jednak tym razem opanowałem nerwy i otrzymałem w nagrodę wcale niegłupią historię o odwadze, poświęceniu i człowieczeństwie...

Jak na skromniutką starą pannę, jej towarzystwo było całkiem przyjemne. Tylko bez podtekstów, proszę.