wtorek, 21 stycznia 2014

Należy do obszaru kultury europejskiej, czyli "Śpiewaj ogrody" Huellego

Jest taki rysunek Andrzeja Mleczki. Pod wiatr, walcząc z deszczem, brodząc w walających się na ulicy śmieciach, idzie mężczyzna. Przedziera się, przytrzymując jedną ręką kapelusz, drugą rozpinający się płaszcz. W tle majaczy upiorne blokowisko. Powtarza pod nosem: „Należę do obszaru kultury europejskiej. Należę do obszaru kultury europejskiej.” Ten gorzki sarkastyczny obraz wciąż miałem przed oczami, gdy czytałem kolejne strony najnowszej powieści Pawła Huelle pt. „Śpiewaj ogrody.” Nie brzmi zachęcająco, prawda?

Od samego początku książki autor wysyła czytelnikom bardzo wyraźny sygnał: „Tylko dla ludzi kulturalnych i wykształconych!” – tak właśnie może on brzmieć, razić jaskrawym neonem. To literatura wykluczająca, myślę sobie, gdy znajduję gęstą siatkę nazwisk, odniesień, nawiązań, faktów… Wykluczająca każdego, kto nie zetknął się z Rilkem, Wagnerem, Hoffmanem, Schopenhauerem i Nietzschem. I nie wydaje się brzmieć przekonująco kontrargument, jakoby to czytelnik powinien każdorazowo dorosnąć do wymagań książki. Odwrotnie – to autor powinien realistycznie pomyśleć o możliwościach odbiorców.

Jeżeli Huelle zakładał, że idealnym czytelnikiem będzie ktoś, kto czuje się spadkobiercą sporej części duchowej spuścizny cywilizacji europejskiej, musiał przewidzieć, że PEŁNY odbiór rozrzucanych przez niego tropów będzie udziałem nielicznych. Reszta (jeżeli już) posługiwać się będzie gotowymi „wzorami” na pojawiające w powieści sygnały. Wagner? Patos + faszyzm. Rilke? Liryczne pienia. I tak w koło Macieju. Niestety, to nie jest najgorsze. Wystudiowana proza Huellego może rozbić się o ścianę niewiedzy czytelników, dla których symbole kultury europejskiej będą tylko pustymi dźwiękami. A gdzie tu mówić o rozczytaniu wyrafinowanych póz, odbić, symetrii, powtórzeń, z jakich autor zbudował powieść? Jak tu liczyć na pełnię (marzenia!) zrozumienia w przypadku, gdy „Śpiewaj ogrody” powinno sprzedawać z krótkim przewodnikiem po kulturze wysokiej XIX i XX wieku?

Razić może właśnie to namnożenie rekwizytów. Gadżetów człowieka kulturalnego. Drażnić może przewidywalność, z jaką Huelle rozstawia pionki na planszy świata przedstawionego. Wzór? Jak Bohater Wielkiej Powieści, to MUSI mieć związek z Wielką Sztuką (Wagner, opera), jak opera i Wagner, to rzecz jasna faszystowskiej Niemcy, jak Niemcy, to Wojna, a Wojna to przecież Wielki Temat, więc powieść Wielką być musi. Dalej – jak „związek” starszej Niemki Grety z polskim chłopcem, to ten układ „naturalnie nienaturalny” obracać się musi wokół Wielkiego Problemu Opowieści i Narracji. Jak wspomnienia, to (a co się będziemy ograniczać…) stylizowane na osiemnastowieczne fragmenty pamiętników francuskiego oficera… Francuz! Och! Ach!

Dodajmy do tego odświeżony temat „gdańskości” podejmowany wielokrotnie przez samego autora. Te powtarzane mruczanda na temat „miasta-palimpsestu”, skomplikowanej historii, kłębiących się nacji, krzyżujących się granic nie brzmią już odkrywczo w dobie, gdy literaturę małych ojczyzn oswoiliśmy na dobre i przyjęliśmy za oczywistość, że Polska nigdy nie była monoetniczna i monokulturowa. Tylko kogoś, kto przespał ostatnich dwadzieścia lat mogą podniecać tego rodzaju „plenery.”

Jasne, fanatycy tego typu opowieści zobaczą u Huellego próbę nawiązania do tradycji Poważnych Powieści o Poważnych Sprawach, ale ja niestety widzę tylko swoistą autoparodię. Niezamierzoną, rzecz jasna, ale jednak autoparodię literatury wysokiej. Literatury chcącej się podobać w Pewnych Kręgach. Aspirującej, mierzącej...

Stąd też czytając „Śpiewaj ogrody” nie mogłem otrząsnąć się z ponurego wrażenia, że autor chciał postawić wszystko na jedną kartę. Ta powieść łącząca w sobie aż tyle WIELKOŚCI MUSI być dla Huellego paszportem do świata Wielkiej Literatury. Jak nie teraz, to kiedy mam w końcu udowodnić, że jestem Pierwszorzędnym Pisarzem?

Tak Paweł Huelle nie wygląda, a mógłby...

Oczywiście akademicy, krytycy, niektórzy recenzenci będą czytali tę opowieści używając całego arsenału dostępnych im narzędzi interpretacyjnych. Będą wskazywali płynące pod powierzchnią fabuły problemy i odwołania. One istnieją. Zapewne udowodnią doniosłość tej książki, udowodnią rangę, namaszczą. I pewnie Huelle znajdzie swoich czytelników – wiernych lub mniej wiernych, ale znajdzie.

Moim zadaniem jednak jest ostrzec wszystkich tych, którzy nie chcą się narazić na męki wyższego rzędu. Tych, którzy cenią literaturę ambitną, ale nie tęsknią za wielogodzinną randką z książką przewidywalną, mało zaskakującą i ciężkostrawną.

Ktoś z trzeźwych czytelników porównał „Śpiewaj ogrody” do bigosu, w którym zbyt wiele elementów miesza się w niezjadliwą całość. Ja, który kocham tę staropolską potrawę, muszę się niestety z tym porównaniem zgodzić. Ciężkie to danie. Nie na mój żołądek…

1 komentarz:

  1. Jestem uparta. Choć nie ukrywam, dobiłeś mnie tą recenzją. Dlaczego???

    OdpowiedzUsuń