niedziela, 9 marca 2014

Na co dybie w wielorybie, czyli "Implanty" Watsona

Skończyłem właśnie "Implanty" Iana Watsona i powiem Wam jedno - uwielbiam powieści science-fiction, które porzucają mnie na skraju załamania nerwowego. Nie, nie dlatego, że Obcy toczą krew niewinnych Ziemian. Nie dlatego, że szokuje mnie jakaś brutalna dystopia czy miażdżąca wizja przyszłości. Tego typu motywy raczej świadczą o słabości pióra autora, który korzystając z mnogości (skończonej przecież) stałych elementów tworzących literaturę s-f, żongluje sobie ku uciesze gawiedzi przewidywalnymi rozstrzygnięciami.


Watson powoli rozkręca fabułę, coraz mocniej ściska swoje pomysły, jednak nigdy nie szarżuje i nie stara się chwycić czytelnika za twarz. Jemu wystarczy sama modulacja głosu, by wywrzeć zaskakująco silne wrażenie. Zachowuje podziwu godny dystans wobec całej historii, chłód emocjonalny nawet wtedy, gdy fabuła wyraźnie przyspiesza pod koniec powieści i skręca w dość nieoczekiwaną stronę, gdzie trzy przeplatające się ze sobą „intrygi” łączą się w porażającym czytelnika finale. Finale, który przede wszystkim otępia ponurym złowieszczym basem.

Garść (nieduża, by nie psuć przyjemności potencjalnych czytelników) konkretów – w czeluściach oceanów krąży młody wieloryb, któremu naukowcy wszczepili świadomość człowieka. Ruscy rzecz jasna chcą użyć wieloryba jako broni biologicznej, szpiega patrolującego wody terytorialne wrogich mocarstw, które już za chwile zaczną wyścig o surowce naturalne ukryte pod oceanicznym dnem. To pierwsza linia fabuły.



Drugą tworzą losy dwójki uciekinierów z rosyjskiego (a jakże!) ośrodka badawczego, którym również Ruscy (a jakże!) coś w głowach poprzestawiali. Bagatela, kilkuletni chłopiec nosi w sobie umysł rosyjskiego kosmonauty, co Watson ilustruje wyjątkowo melodramatycznymi scenami, ale dałem się nabrać na ściskające serce  i nawet się wzruszyłem…

Trzeci trop jest najciekawszy – genialny, obdarzony potrzebą błyszczenia badacz kosmosu, swoisty faustyczny typ, odkrywa za pomocą skomplikowanych obliczeń, wzorów oraz gigantycznego radioteleskopu, że Bóg… istnieje, ale opuścił nasz (wszech)świat. A ten jest tylko namiastką, cieniem prawdziwej rzeczywistości. Stara poczciwa Ziemia to odblask zaledwie, proch i pył. Krótko mówiąc – materializuje się na oczach ludzkości wizja deistów. Bóg jest, ale zostawił nas i zajął się czymś zupełnie innym, zupełnie gdzieś indziej. Ziemia jest osieroconym dzieckiem. Być może i ma Ojca, ale ten najwidoczniej ułożył sobie życie z inną rodziną lub zasiedział się w pracy nad nowymi projektami.

Odkrycie to jednych przeraża, gdyż stają wobec naukowo udowodnionej pustki, inni (na czele z Watykanem) protestują, choć w zgiełku, wrzasku i bezradnej wściekłości planety, którą skonfrontowano z własnym bezsensem, ich głosy brzmią wyjątkowo słabo i nikogo nie są w stanie uspokoić.

Watson dokonał rzeczy pozornie niemożliwej. Zderzył w ostatniej partii książki wszystkie trzy fabularne linie. Splótł je w mistrzowski sposób, który pozwolił co bystrzejszemu czytelnikowi (no, mnie na ten przykład) zadać kilka odważnych, a przede wszystkim groźnie brzmiących pytań.

Co powiedzielibyśmy innym gatunkom zamieszkującym Ziemię, gdybyśmy mogli przekazać im jakikolwiek komunikat? Jak sama Natura zareagowałaby na wiadomość o nieistnieniu Boga? Dlaczego się nie zabić w chwili, gdy uświadomisz sobie, że nie czeka cię NIC po śmierci?

„Implanty” mają duszną gęstą atmosferę. Mimo przestrzeni oceanicznych i kosmicznych otchłani, którym przygląda się człowiek, czujemy, że ludzkość wegetuje w jakiejś celi śmierci planetarnych rozmiarów. Klaustrofobiczną aurę czuć będziemy jeszcze długo po przeczytaniu ostatniej strony. Zostałem ogłuszony, krótko mówiąc. Żal mi było bohaterów, którzy odkryli pustkę i bezradnie przyglądają się, jak całe ich życie rozpada się na części.

Nie trzeba  kierować w stronę Ziemi żadnej asteroidy, której cień rośnie na niebie, by wiarygodną uczynić ludzkość oszalałą z rozpaczy. Nie trzeba zbroić powieści w sceny batalistyczne, nasączyć niesamowitością, wprowadzić mutanty lub mechaniczne orangutany, ufoludki i co tam jeszcze chcecie, by stworzyć pierwszorzędną szlachetną literaturę science-fiction.


Klasa. 

1 komentarz:

  1. O, Baranowskiego też się czyta.
    Ładnie napisane. Poszukam książki.

    OdpowiedzUsuń