środa, 6 maja 2015

Pastelowe dramaty, czyli "Pieśni dalekiej Ziemi" Clarke'a

Odtrutką na zalewający nas zewsząd potok  nowości wydawniczych wydaje się być tylko i wyłącznie spotkanie z solidnym, klasycznym tekstem, który nie musi się ścigać w zawodach o przelotną miłość czytelników. Zgodnie z przyjętą przeze mnie strategią, regularnie sięgam po starą dobrą fantastykę naukową, by dać odpór natręctwu, które zmusza mnie do tego, by wciąż trzymać rękę na pulsie, by się orientować, by wiedzieć, by łowić świeżynki.

(Szczerze powiedziawszy, ja tak naprawdę nowości nie lubię. Nie znam się, wkurzają mnie i proszę nigdy w żadnych okolicznościach nie pytać mnie o to, „co się teraz czyta.” A mój problem z tzw. „nowościami wydawniczymi” to już chyba osobna kwestia, której być może poświęcę osobny tekst…)

A więc czym ostatnio nasyciłem swój głód klasyki? O większego trudno zucha niż był Arthur C. Clarke – jeden z filarów, doktorów kościoła science fiction, którego teksty stanowią żelazny kapitał gatunku. Powieści, opowiadania, pomysły, wizje – Clarke pozostaje wciąż archetypem solidnego, godnego zaufania mistrza. „Pieśni dalekiej Ziemi” potwierdzają znakomitą markę autora, chociaż być może trudno w tej wydanej w 1986 roku powieści znaleźć coś, co zaspokoiłoby żarłoczne oczy współczesnych konsumentów literatury.


Planeta Thalassa jest światem zaludnionym przez potomków Ziemian, którzy wystrzelili ze spalanej Słońcem planety statki z „ziarnami ludzkości.” Thalassa okazała się mieć życzliwy człowiekowi klimat (oceany, kilometry plaż, no i tlen w atmosferze…), więc po czasie przedstawiciele naszego gatunku zaczynają na nowo budować cywilizację. Traf chce, że setki lat później do odizolowanej od wszelkich kosmicznych nieszczęść i katastrof planety zbliża się statek z Ziemianami pamiętającymi zagładę macierzystej planety.

Gdy przeczytamy podobną zapowiedź wydarzeń, będziemy mieli prawo podejrzewać, że powieść rozsadzi dramatyczny konflikt pomiędzy „nowymi” a „starymi” ludźmi. Jedni i drudzy pogrążą się w odmętach swoich racji, uprzedzeń, nieufności… Jednym słowem, czytać będziemy o klasycznym spotkaniu w atmosferze wzajemnego braku zaufania.

Autor konfrontuje ze sobą dwa różne „odłamy” ludzkości – łagodnych, życzliwych, wysportowanych, wypranych z niezdrowych ekstremizmów Thalassan i nieco zgorzkniałych pragmatycznych Ziemian. Nie obywa się bez pewnych tarć, sprzeczek, delikatnej podejrzliwości z obu stron, a jednak sympatyczni bohaterowie (tak, wszystkich ich można lubić) szybko dochodzą do niezbędnych kompromisów w imię powszechnej zgody. Nieczęsto to spotykany przypadek, gdy tekst science fiction z powodzeniem istnieje bez wyraźnie zarysowanej granicy pomiędzy Dobrymi a Złymi bohaterami. Ba! Wszelkiej maści dramaty w dość pastelowych barwach są nam rysowane.  

Obyć się również nie mogło bez typowej dla Clarke’a solidnej podbudowy naukowej – kwestie podróży międzygwiezdnych i ewolucji gatunków potraktowano poważnie i skonstruowano wokół nich istotne wątki fabularne. Dodatkowo autor z typową dla oświeceniowych racjonalistów swadą wygłasza antyreligijne kalumnie, oskarżając każdą z możliwych wiar o każde zło, jakie spotkało ludzkość od początków jej istnienia.

Podsumowując, „Pieśni dalekiej Ziemi” to melancholijna i optymistyczna opowieść ufundowana na wierze w humanizm i racjonalizm, którego nie zniekształcają takie fanaberie jak chociażby religia. W Clarke’u kolejny raz odnajduję niezłą dawkę poezji. Z uwagą, nawet troską przygląda się on tęsknotom, obawom, płonnym nadziejom swoich bohaterów, którzy patrząc w odległe gwiazdy nagle uświadamiają sobie własną śmiertelność i marność. Autentycznie wzruszają ostatnie rozdziały tej powieści.

Kto by pomyślał…

3 komentarze:

  1. Melancholia. No właśnie. Mam wrażenie, że ta powieść jest zbyt melancholijna jak na s-f.

    OdpowiedzUsuń
  2. A od kiedy to sf posiada tego rodzaju ograniczenia emocjonalne?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie. Nie wydaje się być słusznym ten zarzut. Ja nawet lubię smutne, pozornie niemrawe powieści sf. Po stokroć wolę to niż jakąś militarną space operę, gdzie się laserami napieprzają.

      Usuń