sobota, 25 czerwca 2016

Żaden madafaka nie podskoczy do Polaka, czyli "Smocze koncerze" Sawickiego

Pomysł, by rozegrać stary dobry motyw inwazji obcych na Ziemię w dekoracjach odległych epok, jest niebywale atrakcyjny, a nawet znalazł gatunkowe imię – fantastyka historyczna. Zderzenie zaawansowanej kosmicznej technologii z przaśną, często prymitywną cywilizacją człowieka może uruchomić bardzo ciekawe rozwiązania fabularne; to samograj, który bardzo trudno zepsuć. Do głowy przychodzi chociażby znakomite Eifelheim Michaela Flynna lub stosunkowo mało znana, ale lekka i przewrotna Podniebna krucjata Poula Andersona.

Andrzej Sawicki, pisząc Smocze koncerze, w następujący sposób rozłożył karty: do siedemnastowiecznego Stambułu, stolicy imperium osmańskiego, przybywa delegacja polskich posłów, która ma zamiar uprosić sułtana o złagodzenie narzuconych Rzeczpospolitej warunków pokoju. W tym samym czasie z nieba spadają obcy, którzy powoli przejmują kontrolę nad miastem. W Stambule wybucha panika, a czytelnik powinien zacierać ręce w oczekiwaniu na konfrontację pomiędzy krwiożerczymi obcymi a naszą husarią, u boku której walczą Turcy.



Sawicki, co pokazał już w poprzedniej powieści wydanej w serii „Horyzonty zdarzeń” (mowa o Aposiopesis), wprowadza na scenę ciekawych, nieszablonowych bohaterów. Poznajemy Polkę Dorotę (jej pierwowzorem była awanturnica, która spisała swoje losy w znalezionym w budapeszteńskiej bibliotece pamiętniku). W Smoczych koncerzach kobieta, która przeszła na islam, zajmuje się handlem niewolnikami, a na dodatek jest podwójną agentką, współpracującą zarówno z Turkami, jak i Polakami. Dodajmy do tego fakt, że jest zręczną, obdarzoną intuicją lekarką.

Czytelnicza uwaga skupia się również na jednym z obcych, który opanowawszy ciało tureckiego żołnierza, informuje nas (w partiach prowadzonych w narracji pierwszoosobowej) o celach i naturze najeźdźców. Sawicki sprytnie wymyślił tę postać, gdyż w jednym ciele znajduje się zarówno świadomość i inteligencja kosmicznej istoty, jak i wrażliwość charakterystyczna dla człowieka.

W galopującej fabule, pośród wybuchów, wystrzałów, jęków i zawodzenia miażdżonych Ziemian, udaje się Sawickiemu nieźle rozpisać motywacje postaci, zarysować psychologiczne podłoże i stworzyć wiarygodne portrety ludzi żyjących w XVII wieku. Mamy do czynienia z bohaterami z krwi i kości. Oczywiście na potrzeby literatury popularnej autor powiela stereotypowe wyobrażenia dotyczące sarmatów, polskiej waleczności i brawury. Momentami możemy odnosić wrażenie, że nad Smoczymi koncerzami unosi się duch Sienkiewicza – galeria szlachciców, którzy i wypić potrafią, i zaklną siarczyście, a przy okazji, świszcząc szablami, wroga powalą – to wszystko brzmi swojsko, jakoś tak „naszo”.

Oczywiście najciekawsze jest to, co stanowi o fantastycznym obliczu książki. Bardzo apetycznie jawi się koncepcja inwazji, jaką przedstawił Sawicki. Wielojaźń, którą powołał do życia, to mordercza ekspansywna świadomość, która wchłania w siebie całe cywilizacje, kultury, napotkane we wszechświecie gatunki. Stąd też armia, jaka przybyła podbić Ziemię, składa się z kosmicznych szumowin, sadystycznych, pozbawionych ludzkich uczuć bestii, które w brutalny sposób poczynają sobie z homo sapiens. Tutaj Sawicki wykazuje się sporymi umiejętnościami w kreowaniu atmosfery grozy – jego opisy tortur i groteskowych niemal deformacji, jakimi zostali poddani ludzie, mogą przyprawić o gęsią skórkę. Są autentycznie przerażające i budzą skojarzenia z piekielnymi otchłaniami rodem z Boskiej komedii Dantego.

Nie chcąc zdradzać zbyt wiele, napiszę tylko, że nie powinniśmy czuć się oszukani zbyt (powiedzmy) łatwym finałem. Smocze koncerze można odczytywać jako rodzaj baśni, opowieść o brutalnej walce Dobra ze Złem, o dwóch zwaśnionych siłach (chrześcijaństwo i islam, Polska i Turcja), które muszą wznieść się ponad animozje, by pokonać przerażającego nieprzyjaciela. Czyż inaczej było w przypadku przywoływanej już Trylogii Sienkiewicza? Tam też przecież obserwowaliśmy zmagania bohaterów z siłami zgoła nie do pokonania.

Jedyny zarzut, jaki można mieć w stosunku do powieści Sawickiego, dotyczyć będzie stylu książki. Nie, nie jest on zły, nieporadny, kulawy. Odwrotnie – rzeczowy i beznamiętny, pełen szczegółów, znakomicie oddaje świat przedstawiony, a jednak czuję (zupełnie podskórnie), że brakuje tej książce ducha – nie związałem się emocjonalnie z żadną z postaci, chociaż uwierzyłem w ich papierowe istnienie. Wszystko, co spotykało naszych bohaterów, teoretycznie powinno mnie jakoś obejść, ale tak się nie stało. Nawet najbardziej zaskakujące zwroty akcji były raczej przewidywalne – nie z fabularnego punktu widzenia, ale jako stałe, typowe dla literatury przygodowej elementy obowiązkowe.

Rzecz jasna moje zarzuty mogą być tylko klasycznym szukaniem dziury w całym i mało kogo interesować będzie jeden drobny mankament, który z pewnością zostanie przesłonięty całą, bardzo dobrą przecież, resztą książki.

+++

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach portalu Fantasta.pl.

4 komentarze:

  1. "Wielojaźń, którą powołał do życia, to mordercza ekspansywna świadomość, która wchłania w siebie całe cywilizacje, kultury, napotkane we wszechświecie gatunki." - Borg! :D

    "Smocze koncerze" to jedna z tych książek, których recenzję lubię czytać, chociaż samej powieści nie zamierzam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnie zdanie w 100% rozumiem. Mam tak z wieloma tekstami.

      pzdr

      Usuń
  2. Książka oznaczona jako "kiedyś przeczytam", podoba mi się koncepcja. :)

    Swoją drogą, czy ja coś przegapiłam, czy szata bloga zmieniła się tak z dnia na dzień, czy w ogóle już mi się wszystko miesza i "Instrumenty" zawsze tak wyglądały?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałem kiedyś taką fajną ascetyczną szatę. Cały biały był blog. Ale diabeł mnie podkusił i zacząłem kombinować. Wyszło jak wyszło. Na szczęście jest prosty układ treści. Na nim mi zależy.

      pzdr serdecznie

      Usuń