sobota, 2 lipca 2016

Dlaczego Kingowi pękają spodnie?

Ilekroć dam szansę Kingowi, tyle razy się sparzę. No ile razy można?! Stąd też należę do nielicznych szaleńców, którzy uważają ekranizacje książek Kinga za lepsze od samych książek. Tak było w przypadku "To", "Martwej ciszy", "Stukostrachów" czy "Sklepiku z marzeniami." 

I tak samo było z "Christine"...

Bohater powieści to Arnie Cunningham, szkolny wyrzutek, twarz jak pizza, okulary, kujon, szachista, uzdolniony technicznie geek. Obiekt agresji miejscowych chuliganów. Archetypiczny wręcz typ, który zawsze w jakiejś amerykańskiej produkcji na temat szkoły i okresu dojrzewania MUSI się znaleźć. Nie może być inaczej.

Arnie ma przyjaciela. Danny to całkowite przeciwieństwo Arniego. Danny to futbolista, członek szkolnej drużyny pływackiej, sympatyczny i umięśniony (znowu) typowy złoty chłopiec, z którego wyrośnie za parę lat ucieleśnienie amerykańskiego snu o sukcesie.

Mamy więc na samym początku parę stereotypowych do granic możliwości bohaterów, których King wrzuca w sam środek fabularnej zawieruchy - łamaga Arnie  przyciągany jakąś mroczną magnetyczną siłą trafia na rdzewiejący wrak samochodu. Uwiedziony (zaczarowany?) możliwościami drzemiącymi w tej kupie złomu, wydaje ostatnie pieniądze i kupuje tytułową Christine - plymoutha fury.

Krok po kroku, powolutku, Arnie ulega fatalnemu wpływowi maszyny, która zdaje się rzucać urok na swojego nowego właściciela. Chłopak zmienia się - wygładza mu się cera, znikają pryszcze, staje się agresywny, a jednocześnie pociągający dla płci przeciwnej. Zdobywa serce (i nie tylko serce) jednej z piękniejszych dziewczyn w szkole.

Wszystko bardzo ładnie nasiąka czernią i czerwienią - barwami horroru.

Sam rysowałem. 

Dodatkowym atutem jest pierwszoosobowa narracja poprowadzona z punktu widzenia Danny'ego. To świetna próbka prozy. King opowiada ze swadą, lekko, rzuca niewymuszonymi żartami, podtyka celne obserwacje obyczajowe i przypomina czytelnikowi, jak to dziwnie jest być nastolatkiem. Ta część powieści ratuje moim zdaniem całą "Christine". Narrator-nastolatek nie może przecież mądrować się, filozofować, szafować pseudopsychologicznymi odkryciami. Po prostu opowiada i brzmi jak stary dobry kumpel.

Niestety czar pryska, gdy King przenosi ciężar narracji na trzecioosobowego pretensjonalnego mądralę, który przygląda się Arniemu i jego piekielnemu samochodowi. I to mnie zawsze w Kingu uwierało - to zasypywanie czytelnika zbędnymi informacjami, szczegółami, detalami... Ten rejestr drgnień duszy, który jest w stanie rozwodnić najszybszą fabułę, nie wnosi tak naprawdę niczego.

Niby akcja pchana jest jakoś do przodu, mamy kilka obowiązkowych zgonów, parę sugestywnych scen, do których pisarz angażuje i morderczą maszynę, i duchy, jednak (niestety) równie wiele miejsca poświęca się tu zbędnemu psychoanalitycznemu gadulstwu.

King staje w rozkroku pomiędzy solidną powieścią grozy, która rzecz jasna nie powinna mieć pretensji do sondowania dusz ludzkich, a na pozór tylko istotnymi rozważaniami na temat fenomenu przyjaźni, miłości, dojrzewania i roli rodziców w życiu młodego człowieka. Niestety, ale zbyt szeroki rozkrok kończy się w przypadku "Christine" pęknięciem spodni.

I dlatego wolę ekranizacje powieści Kinga. Jasne, gubią one sporo z książek, ale przynajmniej idą prostą drogą wytyczoną przez konwencję gatunkową. Straszą i starają się to straszenie wmontować w rzeczywistość dla horroru przeznaczoną.

A same książki? Powtórzmy - straszą, oferują bardzo nośny pomysł na Zło wkradające się do świata przestawionego, jednak zdecydowanie zbyt często strach tonie w mało interesujących psychologizmach i jest przytłoczony grubą pierzyną obyczajowości.

8 komentarzy:

  1. To, co ciebie u Kinga irytuje, mi podoba się najbardziej. Jego książki bez tego szeroko opisanego tła byłyby tylko zwykłymi horrorami (np. jak te Mastertona).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem jednak zbyt często King wpływa na mielizny, gdy pisze o psychologii, obyczajach, zwykłych międzyludzkich sprawach. Ma chłop talent (napisałem to w tej recenzji), ale gdy usiłuje sondować wnętrza bohaterów, zaczyna zwyczajnie nudzić.

      Czytałem "To" i wymiękłem, gdy King zaczął opisywać potrzeby i nadzieje żony drugoplanowego bohatera. Nie, to typowe wodolejstwo.

      Usuń
    2. Zgadzam się. Mnie do Kinga przyciąga właśnie jego gadatliwość i bardzo rzadko staje się dla mnie irytująca.

      Usuń
  2. Ja Kinga czytałam jedynie "Cmętarz zwieżąt" i choć był dobry, to jakoś mnie nie oczarował. Niby chętnie przeczytałam jeszcze inne jego książki, ale jakoś zawsze znajdzie się coś innego.
    Pozdrawiam,
    Między sklejonymi kartkami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma się co stresować. Jest wielu lepszych autorów.

      pzdr ciepło

      Usuń
  3. Wybrałeś akurat największe przepaści, jeśli zestawić książki z ekranizacjami. Dlatego osobiście nie rozumiem jak mogą się podobać ekranizacje bardziej od książek, bo te wymienione przez Ciebie są niemal wszystkie tragiczne. CO innego ma się z "Zieloną milą", "Skazanymi na Shawshank", "1408", "Mgłą" czy "Krainą wiecznego szczęścia". Ekranizacja ""Tego" czy "Sklepiku z marzeniami" to jedne z największych cienizn.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i ja właśnie te wszystkie "tragiczne" wolę od książek, bo... no przecież napisałem. King jest patologicznym gadułą (który raz ja to już powtarzam?), niepotrzebnie dobudowuje piętrowe, snujące się opisy życia wewnętrznego. Stosuje proste psychologiczne wytrychy. Nie czytam horroru po to, by zastanawiać się nad marzeniami i fobiami epizodycznych postaci. Nie interesują mnie przemiany obyczajowe w USA. Czytam horror, by się bać (a tak naprawdę ostatni raz się bałem przy książce w siódmej klasie podstawówki czytając Jamesa Herberta), a nie by tonąć w zalewie nieistotnych informacji.

      Tyle.

      "To" uważam za bardzo dobrą ekranizację. "Sklepik..." też.

      Usuń
  4. Ja do Kinga ogólnie podchodzę jak pies do jeża. Trafiłem co prawda na te ponoć słabsze powieści, ale też mam na koncie pewną transgresję - najbardziej podobały mi się "Oczy smoka", które większość osób w ogóle ignoruje. Może to kwestia, że czytałem tę powieść na początku swego fantastycznego czytania, ale była to dla mnie całkiem udana (choć prosta) historia.

    OdpowiedzUsuń