niedziela, 25 grudnia 2016

Nie mówcie, że nie ostrzegałem, czyli "Dom z liści" Danielewskiego

Wielbicielom filmowego horroru nieobca jest konwencja „found footage”. Widz ogląda materiał stylizowany na znalezione amatorskie nagranie prezentujące wydarzenia z perspektywy kamery, którą operuje jeden z bohaterów filmu. Przedstawiana historia jest upiorna, przerażająca i z reguły bardzo źle się kończy dla obserwowanych przez nas postaci.

Tego typu filmy wystawiają odbiorców na prawdziwą próbę cierpliwości – aby zbudować wrażenie „autentyczności” znalezionej taśmy, obraz musi się trząść i być nieostry, dźwięk nieobrobiony, rozmowy często zagłuszane odgłosami otoczenia (ewentualnie krzykami ofiar), montaż chaotyczny. Całość ma przekonać o swojej „prawdziwości”, ma być reportażem z nieszczęścia, dokumentem grozy.

Twórcy posługujący się omawianą konwencją chcą zatrzeć granice pomiędzy rzeczywistością i fikcją prezentowaną przez film, a przecież wykorzystując typowo filmowe środki wyrazu, tworzą dzieła „sztuczne” do potęgi. Udając prawdę w filmie, musimy fikcję udrapować na jej podobieństwo, a więc wszystko bierzemy w podwójny cudzysłów.

Dlaczego w ten sposób zaczynam recenzję książki? Dlatego, że "Dom z liści" Marka Z. Danielewskiego to właśnie taki literacki „found footage”. Powieść jest wybitnie skomplikowana, wielowymiarowa, otoczona tyloma kontekstami, że chyba tylko David Lynch u szczytu swoich możliwości twórczych mógłby zmierzyć się z próbą wizualizacji tego tekstu.



Zacznijmy jednak od początku: był sobie niezwykły dom, zamieszkała w nim rodzina, której głową jest ekscentryczny i utalentowany fotograf. Po pierwszej krótkiej nieobecności nowych gospodarzy w rzeczonym domu pojawiło się dodatkowe pomieszczenie. Pokój? Korytarz?

A to tylko początek niesamowitych i drażniących anomalii. Budynek rozrasta się do wewnątrz, tworzy kolejne pomieszczenia, schody, tunele, szeregi drzwi… Sprowadzenie „łowców przygód”, zaprawionych w survivalu specjalistów, którzy podjęli się eksploracji przerażających czarnych podziemi, kończy się tragedią. Całą tę historię filmuje przy pomocy systemu kamer właściciel domu – Will Navidson, który gorliwie wierzy, że zagadka jego posiadłości jest do rozwiązania.

O filmie tym czytamy z notatek, jakie sporządził niejaki Zampano, zbzikowany starszy mężczyzna, którego ciało znalazł narrator "Domu z liści", Johnny Vagabunda, pracownik salonu tatuażu gdzieś z Los Angeles. Papiery, przez które przedziera się żmudnie nasz bohater, zdają się być obłożone klątwą. W życiu Vagabundy zaczynają dziać się rzeczy przerażające, a on sam staje na krawędzi szaleństwa, którego paszcza za chwilę się za nim zatrzaśnie…

I wszystko byłoby pięknie (to znaczy strasznie), a czytelnicy mogliby poczuć ogromną satysfakcję, gdyby Danielewski się nie przelicytował. Przynajmniej ja mam wrażenie, że tak się właśnie stało. Dwie równolegle rozgrywające się historie, szkatułkowa konstrukcja powieści, to przecież chleb powszedni dla każdego, kto w swoim życiu parę książek przeczytał. A jednak nie wystarczył ten atrakcyjny przecież zabieg. "Dom z liści" stał się poligonem, na którym pisarz z różnym powodzeniem powtarza rozmaite eksperymenty, których autorami byli awangardowi dwudziestowieczni twórcy literatury.

Dwie opowieści rozpisane są przy pomocy dwóch rodzajów czcionek – „zwykłą” opisuje się zajścia z domu Navidsona, a tą stylizowana na czcionkę typową dla maszyny do pisania perypetie przeklętego tatuażysty. Dodam, że na przestrzeni kolejnych stron obie narracje najczęściej współistnieją, rywalizując o przestrzeń i uwagę czytelnika. Musimy zatem dokonać wyboru – którą z nich chcemy śledzić najpierw, i za każdym razem ryzykujemy, że poświęcając uwagę jednej z opowieści, umknie nam szczegół, który oświetliłby drugą. Czytając, możemy mieć wrażenie, że oglądamy dwa filmy jednocześnie, na dwóch ekranach, które transmitują obrazy w nierównym tempie.

Na dodatek Danielewski opatruje niemal każdą stronę wieloma przypisami, odnośnikami do, rzecz jasna, fikcyjnych tekstów, prac naukowych, artykułów, które krążą wokół fenomenu niesamowitego domu. Autor tka iluzję ze zręcznością zawodowego prestidigitatora, wplata pomiędzy informacje o nieistniejących dziennikarzach, naukowcach, badaczach tytuły książek, które możemy znaleźć w każdej lepiej zaopatrzonej bibliotece.

Jakby tego było mało, obszerne partie powieści odtwarzają strukturę chaotycznych notatek Zampano, które nie respektowały tradycyjnej formy prowadzenia zapisków. Tak więc zdania układają się „po skosie” kartki lub płyną jej marginesami, na stronie krzyczy jedno (!) słowo albo kilka kolejnych wypełniają szczelnie imiona i nazwiska, bywa również tak, że musimy chwycić za lustro, by odczytać zdania zapisane „na lewą stronę.”

Mamy cytaty z klasyki literatury światowej, listy, zdjęcia, rysunki, słowniczek trudniejszych pojęć, słowa wielkich naukowców i krytyków literackich – z tego wszystkiego Danielewski buduje labirynt swojej powieści.

Uczono mnie, że sensem istnienia każdego labiryntu jest fakt, że gdzieś w jego czeluściach ukryto skarb. Nie zawsze musi nim być skrzynia pełna złota lub uwięziona księżniczka, ale zawsze coś powinno na śmiałka czekać i zrekompensować mu trud podjętej wyprawy. W przypadku "Domu z liści" miałem wrażenie, że snucie się jego korytarzami donikąd mnie nie prowadzi, a poszczególne wskazówki interpretacyjne wskazują ślepe zaułki.

Jako horror powieść ta nie sprawdza się – atmosfera grozy, którą Danielewskiemu udaje się zbudować, błyskawicznie pęka, gdy uwaga odbiorcy przerzucana jest na analizę i interpretację danego wydarzenia. Już zaczynamy się bać, ekscytować lub przywiązywać do pewnego wątku i natychmiast jesteśmy odrywani od tego, co może sprawiać największą przyjemność czytelniczą. To dość irytujące doświadczenie, zwłaszcza dla kogoś, kto liczy na trzymającą w napięciu lekturę zbudowaną w oparciu o tradycyjne recepty. Zresztą książka nie przypomina w żadnym wymiarze niczego, co może oferować literatura popularna.

Być może więc "Dom z liści" jest traktatem o niemożliwości poznania prawdy? Błądzimy, szukamy, posługujemy się bogatym arsenałem pojęć, zgłębiamy różne dziedziny wiedzy, a jednak wciąż pozostajemy bezbronni wobec fenomenów rzeczywistości. Jesteśmy ślepi, głusi i niemi. Być może o tym właśnie jest ta powieść, a może też o czymś całkowicie innym? Wybór należy do czytającego.

Podsumowując moje próby zmierzenia się z książką Danielewskiego, muszę lojalnie ostrzec tych, którzy liczą na niesamowitą przygodę czytelniczą. To nie jest tekst dla wszystkich. Nie każdy znajdzie satysfakcję, co i rusz konfrontując się z piekielnie trudną, wymagającą i enigmatyczną materią literacką. Jestem w stanie zrozumieć zachwyty, jakie budzi ta powieść, ale sam podpisuję się pod następującymi słowami: pisanie, wydawanie, a nawet czytanie "Domu z liści" jest zajęciem bardzo ryzykownym.

Recenzja pierwotnie ukazała się tutaj, na łamach Fantasta.pl

5 komentarzy:

  1. kurcze i teraz jeszcze bardziej nie wiem, czy brać się za to, czy nie ...

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj. Ja tak szczerze mówiąc to nie polecam. Frajda taka, jak układanie kostki Rubika... Szkoda nerwów moim zdaniem.Serio.

    OdpowiedzUsuń
  3. House of Leaves mam na oku od dawien, dawna - zanim jeszcze było wiadomo, że przetłumaczone zostanie na język polski. Może w tym roku w końcu się uda, ale wydanie angielskie jest drogie jak smok. Ale to zapewne przez formę. Mam jednak wielką słabość do takich eksperymentów.

    Gwoli formalności, wyłapałem pewną niezgodność koncówek: "to właśnie taki literackim „found footage”."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja też się czaiłem na tę powieść od dwóch lat przynajmniej, gdy się dowiedziałem o tej książce. Doczekałem się i cóż... Widać, że zachwyt mój umiarkowany.

      Błąd już poprawiłem - aż dziwne, że korekta w Fantaście nie znalazła... Dzięki i pozdrawiam.

      Usuń
  4. A mnie się podoba to, o czym piszesz. Jeśli będę miała możliwość, to zerknę, bo czasem takie eksperymenty z formą, treścią potrafią nieźle namieszać (ale w sensie pozytywnym) w głowie.

    OdpowiedzUsuń