piątek, 9 grudnia 2016

Spoilery nieistniejących zakończeń, czyli "Sto dni bez słońca" Szostaka

Niemal do ostatniej strony "Stu dni bez słońca" wierzyłem, że powieść Szostaka jest znakomita... A jest tylko bardzo dobra. 

*

Miarą potencjalnej wielkości dzieła niech będzie fakt, że w wyjątkowo emocjonalny sposób czytelnicy odebrali postać głównego bohatera opowieści - Lesława Srebronia, który relację z "gościnnych występów" na jednym z zachodnich uniwersytetów zatytułował właśnie "Sto dni bez słońca."

Polskiego intelektualistę oskarżano o wszystko: o bufonadę, donkiszoterię, arogancję, narcyzm, snobizm, brak taktu, poczucie wyższości, mesjanizm, próżność, elitaryzm, źle maskowane kompleksy... (Zgubiłem coś?) Na dodatek wszystkie te inwektywy były jak najbardziej słuszne i mogły wynikać z pobieżnej nawet lektury. Oczywiście śmieszyć mogą emocjonalne grymasy i uniesione pięści wygrażające fikcyjnemu bohaterowi, w którym dało się jakoś odczytać symbol współczesnego polskiego pracownika naukowego na dorobku (naukowym).

1:0 dla Ciebie, Autorze. To Ci się udało.



*

Bohater przyjeżdża na odległe, położone na obrzeżach Europy wyspy, by w ramach stypendium popracować nad  monografią poświęconą wybitnemu polskiemu fantaście. Srebroń nie tylko pisze, ale również stara się zaskarbić sympatię kadry naukowej, upodobnić się do kolegów-akademików pochodzących z różnych stron Starego Kontynentu. 

Przyjemnie było czytać o "podejrzewaniu świata o intencje" - Srebroń za każdym razem interpretuje rzeczywistość w najkorzystniejszy dla siebie sposób. Każdy gest, ściągnięcie brwi, spóźnienie, półsłówka, rzucona uwaga - wszystko to dopasowuje się do założonej wcześniej wizji wydarzeń, kryje za sobą potężne zaplecze sensów gotowych połączyć się w całość pod czujnym spojrzeniem bohatera.

Czyż nie przypomina to Gombrowiczowskiego "Kosmosu"? (Kto nie czytał, ten trąba) Szostak prezentuje nam ten sam ocierający się o paranoję sposób igrania z komunikatami wysyłanymi nam przez świat i bliźnich.

*

Gdy popatrzeć na samą przestrzeń i na zaludniających ją bohaterów, mamy wrażenie, że Szostak nawiązuje do tradycji dworowania sobie z intelektualistów i mędrców wszelkiej maści. Kiedyś Arstofanes w "Chmurach" kpił z Sokratesa i jego podopiecznych, potem Swift wysłał Guliwera na wyspę odklejonych od rzeczywistości jajogłowych. Teraz Szostak  ostrzem satyry drwi z misyjności kultury Zachodu względem Europy i całego świata. No dobra, na poczucie misyjności jeszcze się zgadzam i nawet się z niej nie nabijam za bardzo, ale trudno zachować powagę, czytając o przeróżnych aktywnościach naukowych bohaterów powieści. 

Motyw penisa i waginy na przestrzeni dziejów, winorośl w kulturze Bałkanów, życie seksualne pracowników naukowych (badane dość dogłębnie przez wyrachowaną nimfomankę..), zaściankowy pisarz literatury fantastycznej, którego książkom przypisuje się arcygenialność - już ta wyliczanka mówi nam o patologiach, jakie od dawna królują na uniwersytetach. Nie tylko tych fikcyjnych.

Nadprodukcja prac badawczych, których nikt nie czyta. Wydumane problemy, które nikogo nie interesują. Hordy uduchowionych darmozjadów przyssanych do grantów i stypendiów. Tak, z tego sobie Szostak kpi. A wychodzi mu to znakomicie. Na tyle dobrze, że wstydziłem się własnych marzeń o podjęciu studiów doktoranckich...

*

W pewnym momencie "Sto dni bez słońca" stanęło na rozdrożu. Z jednej strony Szostak mógł do samego końca książki satyrycznie portretować zakochanego w sobie intelektualistę. Powieść mogłaby skończyć się "niczym" - bohater spakowałby walizki i wrócił do Polski z uczuciem niedosytu, rozgoryczenia, ale rzecz jasna wciąż pielęgnowałby przeświadczenie o własnej wyjątkowości. Taki finał byłby bardzo polski właśnie, bardzo nasz.

A z drugiej strony autor mógłby nam zafundować solidny "plot twist." (Uwaga, spoiler do nieistniejącej wersji książki!) Mniej więcej od połowy książki zaczęło mi się wydawać, że wyspa, na którą trafił bohater, to kraina umarłych. Czyściec akademików, gdzie trafiają podrzędni naukowcy, skompromitowani badacze, łowcy grantów, twórcy groteskowych teorii... Tłumaczyłoby mi to kilka intrygująco brzmiących tropów rozrzuconych na przestrzeni powieści. No i wiecie sami - kraina umarłych, ho ho ho, jak to ładnie i niepokojąco brzmi. 

Szostak nie wykorzystał jednak mojego pomysłu i zamknął powieść mniej spektakularnym "odkryciem kart." Nie mam jednak do niego o to pretensji, ale niestety ten zbyt pastelowy finał trochę mnie rozczarował. Nieco stępił moje ostre oczekiwania wobec całości.

*

Na deser niejako możemy pośmiać się z polskiej fantastyki. Szostak, którego onegdaj zwykło kojarzyć się z opowieściami o górach i smokach (czy smokach i górach?), teraz zgrabnie parodiuje co bardziej wysublimowane fabuły zaangażowanej polskiej fantastyki. Umieszczone w "Stu dniach..." streszczenia fikcyjnych powieści jako żywo przypominają pompatyczną twórczość takiego Huberatha na przykład, ale to już temat na inną okazję...

PS

Za książkę nikomu nie dziękuję, bo sam ją sobie kupiłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz