czwartek, 28 lipca 2016

Taki las, czyli "Las" Smitha

Kiedyś w każde wakacje czytałem powieści Agathy Christie. Klimat angielskiej sielskiej prowincji, którą na szczęście ożywia soczysta zbrodnia, idealnie komponował się z buzującą kanikułą. Nie robiłem nic, leżałem w ogrodzie rodziców i rozwiązywałem nierozwiązywalne zagadki kryminalne.

Tegoroczne wakacje ukradł mi Guy N. Smith, autor pulpowych horrorów, które święciły tryumfy w naszym kraju na początku lat 90.

Ja wiem, że są lepsze książki i mądrzejsi autorzy, ale ja nie zajechałem jeszcze kobyły nostalgii i funduję sobie te powieścidła z nadzieją na to, że uda się jakoś przenieść w przeszłość na zawsze utraconą, gdy traciłem czytelniczą niewinność, sięgając po książki wydawnictwa "Phantom Press".

Okładka zachodniego wydania jeszcze zachęca...


A polska?

"Las" sprawia nieco lepsze wrażanie niż spora część produkcji angielskiego autora. Dzieje się tak między innymi dlatego, że Smith tworzy dziwną, duszną, niepokojącą atmosferę, jaką może mieć tylko i wyłącznie las pogrążony w oparach mgły. Cóż, wiedział już o tym Goethe pisząc "Króla Olch", ale to temat na inną okazję... W powieści przeplatają się przeszłość z teraźniejszością, duchy ścigają przerażonych śmiertelników, a sen przenika jawę. I nawet jeżeli składniki  tej książki są marne, to Smith komponuje z nich wcale niezły cocktail.

Cóż więc my tu mamy?

Przeklęty zatopiony we mgle las.

Gwałciciela-mordercę, który zrobiwszy swoje, pada ofiarą sił zamieszkujących tytułowym lesie.

Typową prostą umęczoną sercowymi rozterkami biuściastą dziewczynę, która gubi się w tytułowym lesie, a jej tropem rusza narzeczony - strażnik przyrody.

Inną dziewczynę, też biuściastą, ale zapomniałem kim ona dla kogo była. Nieważne... Coś ją goni po tytułowym lesie.

Jest też hitlerowiec, który w czasie II wojny światowej został zestrzelony nad tytułowym lasem i stał się więźniem tytułowego lasu...

Są jeszcze przemytnicy z XVIII wieku, których wciąż na nowo łapią i torturują właściciele tytułowego lasu.

Na deser mamy półzgniłego trupa, który próbuje zgwałcić młodą kobietę, ale z braku przyrodzenia nie idzie mu najlepiej.

Cały Guy...

Przez całą książkę wymienione postacie uganiają się po tytułowym lesie. Raz gwałciciel goni dziewczynę, potem policjant goni gwałciciela, następnie strażnik leśny szuka pierwszej dziewczyny, a drugą dziewczynę gonią duchy, zaś policjanta gonią duchy...

To taki Scooby Doo dla dorosłych, gdzie każdy każdego chce złapać jednocześnie uciekając przed innym zagrożeniem. Wrażenie radosnego chaosu ubarwiają oczywiście litry sztucznej krwi i wnętrzności, które specjaliści od efektów specjalnych znaleźliby w pierwszym lepszym sklepie mięsnym.

Czytelnicy, którzy nie pobrudzą sobie rąk takimi horrorami, a czytanie S. Kinga uważają na największy kompromis, na jaki mogą pójść ze swoimi czytelniczymi gustami, niech trzymają się od Guya z daleka.

On jest mój. Mój i podobnych do mnie perwersów.

poniedziałek, 25 lipca 2016

Pochwała niewielkiej powieści, czyli "Opowieść o czynach Złego Ducha" Unswortha

Gdy dodamy do siebie 2 i 2, wyjdzie nam 4. Matematyka jest bezlitosna, a ja jako rasowy humanista coś o tym wiem... 

Natomiast gdy dodamy do siebie średniowiecze i powieść kryminalną, coś nam podpowiada, by powiedzieć "Imię róży" Umberto Eco. To narzucające się, pierwsze skojarzenie, którego zignorować w żaden sposób nie można. Ta doskonała, inspirująca, inteligentna powieść na stałe wpisała się w czytelniczą świadomość. 

Na szczęście w literaturze 2 i 2 nie zawsze daje 4. I tutaj pojawia się Barry Unsworth i jego niewielkich (jupi!) rozmiarów książka "Opowieść o czynach Złego Ducha". Powieść idealnie łapiąca balans pomiędzy czystą kryminalną intrygą, filozoficzną refleksją i historycznym tłem.

Trafiamy do XIII-wiecznej Anglii nadgryzanej przez Czarną Śmierć. Czujemy mdlący odór śmierci, tętno teocentryzmu. Zima, śnieg, nadchodzące Boże Narodzenie. Delikatnie naszkicowany, ale wyjątkowo sugestywny świat przedstawiony zostawia czytelnikowi sporo miejsca, by ten mógł dopowiedzieć sobie resztę średniowiecza.

Bohaterem książki jest ksiądz-renegat, który na skutek zbiegu okoliczności trafia do trupy aktorskiej. Przyłącza się do nich i szybko uświadamia sobie, że podoba mu się życie oberwańca i łachmyty, który na scenie może stać się tym, kim chce. 

Aktorzy trafiają do małego miasteczka, którego mieszkańcy żyją zbrodnia, o jaką oskarża się pewną młodą dziewczynę. Na drodze znaleziono ciało małego chłopca, a w domu dziewczyny pieniądze, które ów chłopiec niósł do domu. 2 i 2 daje 4, prawda?

Sprawa wydaje się oczywista, winowajczyni już czeka na egzekucję. Aktorzy jednak powoli uświadamiają sobie, jak wiele nieścisłości wkradło się w opowieść o śmierci chłopca, w którą wierzą mieszkańcy miasteczka. Bohaterowie postanawiają zebrać rozrzucone informacje o okolicznościach zbrodni i wystawić na scenie prawdziwszą wersję historii. 

Atmosfera gęstnieje, a gdy przedstawieniem zaczyna interesować się miejscowy wielmoża, aktorom grozi prawdziwe niebezpieczeństwo...

Okładka jednego z zachodnich wydań.

Ta niewielka książka dała mi sporo satysfakcji. Nie, nie chodzi o jakąś olbrzymią filozoficzną kwestię, którą okraszono rozważaniami na temat Losu i Ról odgrywanych na scenie Teatru Życia. I chociaż można pójść takimi poważnymi tropami, mnożyć odwołania (do chociażby "Hamleta"), sugerować, że "Opowieść..." Unswortha to poważna i dostojna próba pożenienia kultury wysokiej z kulturą popularną, to nic się nie stanie, gdy zatrzymamy się na poziomie pierwotnego i podstawowego czytelniczego odruchu i przeczytamy tę książkę jako dobrą niezobowiązującą lekturę.

Mógłbym, a jakże, mógłbym mnożyć tutaj te interpretacje i erudycyjne fajerwerki śmigałyby aż miło, ale szkoda na to Państwa uwagi. Mógłbym się mądrować na temat spięcia na linii zbrodni i sztuki, którą to sztuka stara się wywlec na światło dzienne i postawić przed obliczem sprawiedliwości, ale nie chcę tego robić.

Książka broni się nie jako wysublimowana i "wielka" literatura, ale przyciąga naturalizmem opisów, wiarygodnością intrygi i (tak, tak) skromną objętością. Przeczytacie w dwa dni, czasu nie zmarnujecie i podacie powieść dalej. 

Ja ją przeczytałem u rodziców i zostawiłem tacie. Powinno mu się podobać.

niedziela, 17 lipca 2016

Z czystym sumieniem, czyli "Drzwi do lata" Heinleina

Tak naprawdę skusił mnie tytuł, nie nazwisko autora, bo Heinlein rozczarował i znudził niemożebnie swoim klasycznym "Obcym w obcym kraju". Natomiast "Drzwi do lata" są po prostu... po prostu dobre. 

Powieść otwiera niezwykła jak na powieść science fiction ekspozycja. Niemal realizmem magicznym pachnie, gdy Heinlein tworzy obraz kota, który zimą obchodzi cały dom, zagląda za każde drzwi, licząc na to, że za którymiś w końcu znajdzie lato zamiast znienawidzonych ciemności, śniegu i mrozu.

Chwyciło mnie to za serce. Nie dlatego, że to akurat kot (od kiedy koty stały się bohaterami internetowej wyobraźni, zaczęły mnie nudzić i drażnić), ale dlatego że silny poetycki i piękny obraz.

Okładka pierwszego wydania. 

Zapytałem więc Heinleina, gdzie mnie prowadzi. Co chce mi pokazać? Gdzie zaprowadzić? Takie wprowadzenie może zwiastować absolutnie wszystko, przyznacie sami.

Na szczęście amerykański klasyk nie zapuścił się na tereny, które odwiedzam niechętnie - dzięki bogom literatury nie musiałem czytać o wojnach w kosmosie, o hiperodległej przyszłości ani o postapokaliptycznych koszmarach. Uff... Dostałem za to lekką przygodową opowieść o zemście oszukanego przez partnerów inżyniera specjalizującego się w konstruowaniu "robotów domowego użytku."

Heinlein w subtelny sposób wprowadza klasyczne dla sf elementy. Akcja dzieje się w nieodległej przyszłości (lata 70 dwudziestego stulecia, samą książkę wydano 20 lat wcześniej), dostępna jest technika umożliwiająca hibernację, podróże w czasie też w pewnym momencie leżą w zasięgu bohatera. Autor nie przesuwa jednak ciężaru powieści na stronę gadżetów, maszyn, futurystycznych wizji. Odwrotnie - czytelnika od samego początku interesuje fabuła, nie rozbuchana scenografia.

Główny bohater to sympatyczny, nieco naiwny życiowo (mógłby go grać główny idealista klasycznego amerykańskiego kina James Stuart) bystrzak, którego żyłka do konstruowania robotów owocuje nielichym sukcesem biznesowym. Jego mechaniczni służący podbijają serca pań domu, które mogą odpuścić sobie sprzątanie, pranie i gotowanie, by robić to, co lubią najbardziej - leżeć i pachnieć.

Niestety nasz bohater wiąże się z niewłaściwą kobietą. Podłe babsko knuje intrygę z przyjacielem i wspólnikiem bohatera, by pozbawić go:

a) pieniędzy,

b) patentów do własnych wynalazków,

c) wiary w człowieka.

Bohater poprzysięga zemstę i "Drzwi do lata" są tej zemsty kroniką. Nie spodziewajmy się jednak feerii okrucieństwa, nawet tego psychicznego. Gdyby tę powieść zekranizować, można by seans obejrzeć po niedzielnym obiedzie.

Dziś już się chyba takich książek nie pisze. Nie znajdziemy w "Drzwiach do lata" za grosz mocnych drażniących odbiorcę scen, nie ma brutalnych siłowych rozwiązań, brakuje erotyki, nikt nie przeklina zbyt dosadnie. Świat jest pastelowy, nawet przyszłość odmalowana jest jakoś tak pocieszająco i ...familijnie (?). Podróże w czasie, zawiłości robotyki, hibernacja traktowane są jak naturalne elementy rzeczywistości, które nie budzą żadnego większego zdziwienia.

Postacie, wyłączywszy podłą intrygantkę i jej kochanka, są sympatyczne i ciepłe. Zaś sam główny bohater to takie ucieleśnienie amerykańskiego pierwszoosobowego narratora - opowiada nam ze swadą, lekko, z obowiązkową nutą cynizmu i ironii o swoich staraniach, by wyrównać rachunki z nieuczciwym przyjacielem. Jest uniwersalny - i kobietę uwiedzie, i robota zbuduje, by ten pozmywał po romantycznej kolacji...

A kot? Ten kot z pierwszych stron książki? Cóż, jest powiernikiem naszego inżyniera, pije piwo imbirowe, walczy o terytorium (nie tylko) z obcymi kocurami i tak naprawdę jest chyba jednym z lepiej sportretowanych w literaturze czworonogów.

Nie umiałem znaleźć patentu dla tej recenzji, spisałem tylko krótkie zanotowane na marginesach tekstu uwagi. Brakuje mi tu formy, ale trudno. Mam nadzieję, że i bez tego zdążyłem Was przekonać, że "Drzwi do lata" to fantastyczny kawałek klasycznej już sf, która jeśli już się miała zestarzeć, to zrobiła to z wyjątkowym wdziękiem.

Polecam. Z czystym sumieniem. Jak najbardziej. 

środa, 6 lipca 2016

12 x Kasandra, czyli "Punkty zapalne" Borowczyka i Larka

Nikogo chyba nie trzeba specjalnie przekonywać, że na świecie dzieje się źle. Ilość przerażających, wstrząsających, wytrącających z równowagi lub w najlepszym razie przejmujących informacji rośnie z dnia na dzień, a dni, gdy nie docierają do nas informacje o zamachach, kryzysach i dramatach, skłonni jesteśmy uznać za szczęśliwe. Historia ewidentnie ruszyła do przodu. Sytuacja jest dynamiczna. Bez wątpienia żyjemy w ciekawych czasach.
Dzieląc to doświadczenie Jerzy Borowczyk i Michał Larek (dwaj badacze literatury związani z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza w Poznaniu) skomponowali cykl dwunastu rozmów, które miały przybliżyć czytelnikom opinie znakomitych reporterów, dziennikarzy, polityków na temat stanu świata.

Czy dowiadujemy się z „Punktów zapalnych” czegoś nowego? I tak, i nie. Najatrakcyjniejsze partie tej książki opisują kulisy pracy reporterów wojennych, szpiegów, dziennikarzy wysyłanych na pierwszą linię frontu; wszędzie tam, gdzie pchane ku sobie masy ludzkie gotowe są zabić w imię religii, władzy, ideologii lub przestrzeni życiowej. Śmierć, o którą bohaterowie tej książki ocierali się zdecydowanie zbyt często, ogołociła ich z wrażliwości i pchnęła w otchłań zimnego profesjonalizmu. Mrożą krew w żyłach opisy nieszczęść, degeneracji i barbarzyństwa, które zilustrowano kilkoma celnymi zdjęciami, by te obiegły światowe media.
Ciekawie brzmią kwestie dotyczące roli dziennikarzy i fotoreporterów, którzy zbyt często są wykorzystywani do manipulowania opinią publiczną oraz rozważania dotyczące niejednoznacznej moralnie pracy szpiega.
Rozmówców udało się nakłonić nie tylko do odkrycia tajemnic własnych profesji. Dużą część książki stanowią mniej lub bardziej przekonujące analizy rzeczywistości – konfrontujemy się z teoriami na temat pochodzenia islamskiego terroryzmu, czytamy o błędach Stanów Zjednoczonych i Rosji, a nawet prowadzi się nas meandrami polskiej polityki. I, niestety, jest to słabszy element całości – jeżeli jesteśmy w stanie z zaciśniętymi zębami przetrwać histerycznie brzmiącego Wojciecha Tochmana, który wszędzie wietrzy unoszący się zapach potencjalnego ludobójstwa, to już gorzej sprawa wygląda w przypadku Ludwika Dorna, którego analizy rzeczywistości podszyte literackimi aluzjami zwyczajnie mogą nużyć każdego, kto nie interesuje się siermiężną polską polityką.
„Punkty zapalne” jednak nie do końca mnie przekonały. Nie dlatego, że mówiący w niej zawodowi przecież obserwatorzy świata grają na rozstrojonych instrumentach. Nie. Wybrana dwunastka z pełną odpowiedzialnością wypowiada się na zaproponowane im tematy, a czytelnik może podzielać lub odrzucać ich punkty widzenia. Problem polega na tym, że zebrane głosy stanowią niewielki wycinek pochodzący z przekrzykującego się tłumu rożnej maści analityków, specjalistów i dyżurnych mędrców. Nic nie utwierdza mnie w przekonaniu, że przepytywani przez Borowczyka i Larka wiedzą więcej i widzą dalej. Wszyscyśmy tak samo mądrzy, myślę sobie, zamykając tę książkę.
Jeżeli ktoś chce widzieć w „Punktach zapalnych” lekturę, którą umili sobie wakacyjną labę, gorzko się rozczaruje. Całość książki raczej przygnębia niż pociesza. Jeżeli zaś w czyimś wnętrzu przesiaduje miniaturowy Artur Schopenhauer, który wciąż powtarza, że wszyscy i tak umrzemy, wtedy książka ta idealnie wpasuje się w pesymistyczne nastroje.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach portalu Lubimyczytać.pl

sobota, 2 lipca 2016

Dlaczego Kingowi pękają spodnie?

Ilekroć dam szansę Kingowi, tyle razy się sparzę. No ile razy można?! Stąd też należę do nielicznych szaleńców, którzy uważają ekranizacje książek Kinga za lepsze od samych książek. Tak było w przypadku "To", "Martwej ciszy", "Stukostrachów" czy "Sklepiku z marzeniami." 

I tak samo było z "Christine"...

Bohater powieści to Arnie Cunningham, szkolny wyrzutek, twarz jak pizza, okulary, kujon, szachista, uzdolniony technicznie geek. Obiekt agresji miejscowych chuliganów. Archetypiczny wręcz typ, który zawsze w jakiejś amerykańskiej produkcji na temat szkoły i okresu dojrzewania MUSI się znaleźć. Nie może być inaczej.

Arnie ma przyjaciela. Danny to całkowite przeciwieństwo Arniego. Danny to futbolista, członek szkolnej drużyny pływackiej, sympatyczny i umięśniony (znowu) typowy złoty chłopiec, z którego wyrośnie za parę lat ucieleśnienie amerykańskiego snu o sukcesie.

Mamy więc na samym początku parę stereotypowych do granic możliwości bohaterów, których King wrzuca w sam środek fabularnej zawieruchy - łamaga Arnie  przyciągany jakąś mroczną magnetyczną siłą trafia na rdzewiejący wrak samochodu. Uwiedziony (zaczarowany?) możliwościami drzemiącymi w tej kupie złomu, wydaje ostatnie pieniądze i kupuje tytułową Christine - plymoutha fury.

Krok po kroku, powolutku, Arnie ulega fatalnemu wpływowi maszyny, która zdaje się rzucać urok na swojego nowego właściciela. Chłopak zmienia się - wygładza mu się cera, znikają pryszcze, staje się agresywny, a jednocześnie pociągający dla płci przeciwnej. Zdobywa serce (i nie tylko serce) jednej z piękniejszych dziewczyn w szkole.

Wszystko bardzo ładnie nasiąka czernią i czerwienią - barwami horroru.

Sam rysowałem. 

Dodatkowym atutem jest pierwszoosobowa narracja poprowadzona z punktu widzenia Danny'ego. To świetna próbka prozy. King opowiada ze swadą, lekko, rzuca niewymuszonymi żartami, podtyka celne obserwacje obyczajowe i przypomina czytelnikowi, jak to dziwnie jest być nastolatkiem. Ta część powieści ratuje moim zdaniem całą "Christine". Narrator-nastolatek nie może przecież mądrować się, filozofować, szafować pseudopsychologicznymi odkryciami. Po prostu opowiada i brzmi jak stary dobry kumpel.

Niestety czar pryska, gdy King przenosi ciężar narracji na trzecioosobowego pretensjonalnego mądralę, który przygląda się Arniemu i jego piekielnemu samochodowi. I to mnie zawsze w Kingu uwierało - to zasypywanie czytelnika zbędnymi informacjami, szczegółami, detalami... Ten rejestr drgnień duszy, który jest w stanie rozwodnić najszybszą fabułę, nie wnosi tak naprawdę niczego.

Niby akcja pchana jest jakoś do przodu, mamy kilka obowiązkowych zgonów, parę sugestywnych scen, do których pisarz angażuje i morderczą maszynę, i duchy, jednak (niestety) równie wiele miejsca poświęca się tu zbędnemu psychoanalitycznemu gadulstwu.

King staje w rozkroku pomiędzy solidną powieścią grozy, która rzecz jasna nie powinna mieć pretensji do sondowania dusz ludzkich, a na pozór tylko istotnymi rozważaniami na temat fenomenu przyjaźni, miłości, dojrzewania i roli rodziców w życiu młodego człowieka. Niestety, ale zbyt szeroki rozkrok kończy się w przypadku "Christine" pęknięciem spodni.

I dlatego wolę ekranizacje powieści Kinga. Jasne, gubią one sporo z książek, ale przynajmniej idą prostą drogą wytyczoną przez konwencję gatunkową. Straszą i starają się to straszenie wmontować w rzeczywistość dla horroru przeznaczoną.

A same książki? Powtórzmy - straszą, oferują bardzo nośny pomysł na Zło wkradające się do świata przestawionego, jednak zdecydowanie zbyt często strach tonie w mało interesujących psychologizmach i jest przytłoczony grubą pierzyną obyczajowości.