piątek, 14 lipca 2017

Rozmiar nie ma znaczenia, czyli "Koralina" Gaimana

Nazwisko Neila Gaimana elektryzuje miłośników literatury fantastycznej. Ten wszechstronny i niezwykle utalentowany pisarz doskonale sprawdza się jako scenarzysta komiksowy (jest twórcą klasycznej już serii „Sandman” oraz „Marvel 1602” – oszałamiającej wizji komiksowego uniwersum osadzonego w alternatywnej rzeczywistości za czasów panowania królowej Elżbiety I), ale dla wielbicieli literatury pozostanie autorem wyrafinowanych „Amerykańskich bogów”, baśniowego „Gwiezdnego pyłu” czy onirycznego „Oceanu na końcu drogi” – tekstów, którymi zaskarbił sobie szacunek krytyków i miłość czytelników. Gaiman, wolny duch, wielki bajarz, czuje się jak ryba w wodzie tam, gdzie nic nie hamuje wyobraźni, gdzie fantastyka krzyżuje się z baśnią, horrorem, mitem, przypowieścią.

Gdy przyzwyczajony do opasłych tomiszczy czytelnik weźmie do rąk skromniutkich gabarytów Koralinę, być może poczuje pewien rodzaj rozczarowania. Współczesne standardy rynku wydawniczego kazałyby widzieć w tym dziełku Gaimana zaledwie zapowiedź większej całości, szkic, w najlepszym razie opowiadanie, którego nie powinno się wydawać osobno, ale wcisnąć pomiędzy inne podobnych rozmiarów teksty, by finalnie otrzymać grube, atrakcyjniejsze wydawniczo dzieło. Te niecałe 200 stron można przeczytać w spacerowym tempie w ciągu jednego dnia. Moim zdaniem jednak bardzo dobrze się stało, że Koralina nie obrosła w tłuszcz epizodów, zbędnych opisów, przypadkowych postaci snujących się gdzieś po marginesach tekstu. Gaiman okroił swój pomysł do absolutnie niezbędnych rozmiarów – nie rozsiał dygresji ani niepotrzebnych szczegółów. Dostajemy zwarty tekst napisany zgodnie z poetyką baśni, w której wszystko jest możliwe i nikt nie dziwi się pojawiającym się co i rusz nierealistycznym elementom. Z drugiej zaś strony nie mamy najmniejszych wątpliwości, że pisarz umieścił Koralinę w dzisiejszym świecie, w łatwo rozpoznawalnym „tu i teraz”, we współczesności, której niedoszłą ofiarą w pewnym sensie staje się tytułowa bohaterka.

Niestety, nieco manieryczna okładka tego wydania.

Koralina to nie do końca szczęśliwe dziecko dwojga zapracowanych rodziców. Ojciec i matka przeprowadzają się na prowincję, ale nie po to, by zwolnić tempo życia, ale by nic ich nie rozpraszało, gdy cały dzień stukają w klawiatury komputerów. Dom, do którego wprowadziła się rodzina dziewczynki, dzielony jest z ekscentrycznymi sąsiadami – dwiema emerytowanymi aktorkami i podstarzałym treserem… myszy. Okolica wygląda na zaniedbaną i wyludnioną, na większe zakupy trzeba jeździć samochodem. Nuda, poczucie osamotnienia i beznadziei błyskawicznie pochłaniają naszą bohaterkę, która w pojedynkę musi oswoić świat. Spokojna, ładnie opisująca monotonię ekspozycja szybko jednak zostaje przerwana za sprawą zawiązania akcji – Koralina w czasie eksplorowania domu odnajduje w jednym z pokojów prowadzące donikąd drzwiczki i pasujący do nich czarny, zimny klucz… Od tego momentu nuda staje się najmniejszym ze zmartwień dziewczynki.

Gaiman nie byłby sobą, gdyby w tej opowieści o smutnym dzieciństwie i nieobecnych rodzicach nie pozwolił dominować fantastyce. Jej elementy błyskawicznie zaczynają wysuwać się na pierwszy plan i zamieniają Koralinę w baśń z prawdziwego zdarzenia – baśń mroczną, skomponowaną wedle klasycznych, nieugrzecznionych wzorców, które kojarzymy na przykład ze spuścizną braci Grimm. Ta książka ma zasiać w sercach czytelników niepokój, zaś Gaiman z niezwykłym wyczuciem balansuje na granicy, po przekroczeniu której powieść ta stałaby się rasowym horrorem, a nieroztropni rodzice, którzy przeczytaliby tę opowieść dzieciom, mogliby się liczyć z nocnymi koszmarami swoich pociech. Koralina jest również niedalekim echem „Po drugiej stronie lustra” Lewisa Carrolla. Jednak w porównaniu z ponurym i onirycznym dziełem Gaimana historia snu Alicji o świecie istniejącym w zwierciadle jest w sumie grzeczną, bezpieczną i uładzoną opowieścią. Rzeczywistość, którą Koralina odkrywa „po drugiej stronie domu”, przeraża, a zamieszkujące ją istoty, początkowo przyjazne, szybko odsłaniają swoje prawdziwe oblicze i niebezpieczne intencje.

Zastanawiać się można, dla kogo Gaiman napisał Koralinę, skoro młodsi czytelnicy z pewnością okupiliby jej lekturę nocnymi koszmarami. Zaryzykuję tezę, że książkę tę powinni przede wszystkim przeczytać rodzice, którzy być może nie zauważyli, jak mało czasu poświęcają własnym dzieciom. Czyż wszystkie kłopoty tytułowej bohaterki (i jej rodziców również) nie zaczęły się w chwili, gdy osamotniona dziewczynka zaczęła samodzielnie, bez większego przygotowania i doświadczenia, eksplorować wrogi jej świat? Czy przerażająca nowa matka, wyidealizowana wersja niedoskonałej prawdziwej matki, nie jest symbolem niezliczonych sił, które chcą zawładnąć opuszczonymi przez najbliższych dzieci, by uczynić je niewolnikami i zmusić do miłości? Taka właśnie interpretacja Koraliny bardzo mi odpowiada.

Ta znakomita książka to również opowieść o odwadze, która pomaga słabym pokonać zło, choć zdawać by się mogło silniejsze i sprytniejsze. Pocieszający finał i czytelny morał sprawiają, że Koralina jest krótką, ale emocjonującą przygodą czytelniczą, zaś narracja poprowadzona z perspektywy tytułowej bohaterki pozwala naprawdę polubić tę rezolutną dziewczynkę.

PS
Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl

PS następne - okładka jest wybitnie manieryczna i nie podoba mi się. I już!

2 komentarze:

  1. Podoba mi się taka interpretacja "Koraliny".:)
    Myślę też, że Gaiman jest mistrzem krótkiej formy. Najbardziej podobają mi się właśnie jego opowiadania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa. Gaimana znam chyba za mało, ale wydaje się prawdą, że w krótkich formach jest do twarzy. Pozdrawiam.

      Usuń