poniedziałek, 18 września 2017

Sny, których lepiej nie tłumaczyć, czyli "Niepełnia" Kańtoch

Nie miałem żadnych oczekiwań w stosunku do najnowszej powieści Anny Kańtoch zatytułowanej Niepełnia. Przesunąłem na drugi, a nawet trzeci plan pamięci wszystko to, co do tej pory wiedziałem na temat autorki „Przedksiężycowych.” Wyparowała ze mnie wszelka wiedza na temat przyznanych jej nagród i wyróżnień. Od samego początku założyłem, że Niepełnię czytać będę w oderwaniu od twórczyni, której silna pozycja wśród polskich autorów literatury fantastycznej (i kryminalnej) wydaje się niepodważalna. Nie wiem, czy przyjąłem właściwą strategię, ale nie chciałem czuć na sobie wzroku poważnej pisarki, za którą stoi autorytet kilkunastu nagród i tysięcy zadowolonych czytelników.

Zacznijmy jednak od początku, chociaż piszący te słowa nie będzie ryzykował streszczania fabuły. Jest to zadanie wybitnie trudne ze względu na sposób prowadzenia intrygi, metodę prezentowania kolejnych bohaterów, zmienne punkty widzenia i przesunięcia czasowe, które dezorientują odbiorcę. Podobny problem napotkałby kinoman, którego ktoś poprosiłby o streszczenie jednego z bardzo charakterystycznych filmów Davida Lyncha. Tak więc lektura Niepełni przypomina obserwowanie sztafety biegaczy. Różnica polega jednak na tym, że kolejne rozdziały podają sobie pałeczkę fabuły w dość osobliwy sposób. Zawodnik, któremu kibicujemy, zaczyna biec w przeciwną stronę niż wszyscy inni, zatrzymuje się, w ogóle opuszcza bieżnię lub pałeczka trafia do nie tego biegacza, do którego powinna. Gdzieś tam majaczy meta, gdzie usiłują dotrzeć sportowcy, ale z czasem okazuje się, że finisz wcale nie jest punktem, w którym cokolwiek definitywnie się kończy. Ta lekkoatletyczna metafora chyba dobrze ilustruje osobliwość tej książki, której wyjątkowość zasadza się na wyrafinowanej, barokowej niemal formie dźwigającej w sumie konwencjonalną opowieść grozy.



Wszelkie próby okiełznania treści Niepełni przy pomocy kilku mniej lub bardziej złożonych zdań nie będą w stanie oddać jakiejkolwiek sprawiedliwości tego typu dziełom. Niecierpliwym podpowiem tylko, że w Niepełni znajdą oni wszystko, co może zaintrygować i przestraszyć odbiorcę. Mamy zbrodnię, mamy zniknięcie, zjawiska nadprzyrodzone i handel żywym towarem, nawiedzony dom, odrobinę perwersji i nerwowe próby bohaterów, by połączyć w jedną całość furkoczące na wietrze nitki prującej się tkaniny tajemnicy. Tak, czytelnicy to lubią.

Kańtoch potrafi oczarować. Doskonale panuje nad językiem – jest on oszczędny, precyzyjny, lustro powieści świetnie odbija życie zewnętrze i wewnętrzne bohaterów. Żadne zdanie nie wydaje się zbędne, a zmetaforyzowanie języka dynamizuje przekaz i jednocześnie przenosi go w rejony nieco „wyższe” niż stary dobry podawczy realizm. Kolejne elementy tajemniczej układanki pojawiają się regularnie, ale jak to bywa w tego typu mrocznych opowieściach, następna informacja zostawia nas z nową porcją pytań. Mnożące się tajemnice, których epicentrum stanowi niepokojący biały dom, sięgają przeszłości i wyciągają swoje macki w przyszłość.

Przedziwna klątwa dotyka wszystkich, którzy kiedykolwiek mieli coś wspólnego z (nie)zamieszkałą posiadłością, a ratunku nie można się znikąd spodziewać, gdyż zgotowane im przeznaczenie prędzej czy później upomni się o kolejne ofiary. Niepełnia doskonale sprawdza się jako opowieść o ciężarze przeszłości (winy), której rozgrzeszyć nie było komu. Konwencja grozy zrealizowana jest w sposób bardziej niż wzorcowy – mamy prawo się bać, wypatrywać czających się nieszczęść, których wizje paraliżują bohaterów (najczęściej zdumiewająco banalnych i „zwykłych”), hipnotyzują ich i prowadzą do finalnego upadku.

Dodajmy, że forma wybrana przez pisarkę, również potrafi zaintrygować. Poszczególne rozdziały przenoszą uwagę czytających na kolejnych bohaterów, którzy zrazu obcy sobie, pod koniec książki związani są niezwykle silnymi więzami. To jeszcze nic! Kańtoch nakazuje przyglądać się tym samym wydarzeniom z nieustannie zmieniającej się perspektywy, co raz dezorientuje czytelnika, innym razem zmusza go do sięgnięcia do wcześniejszych partii książki, by sprawdzić, czy naprawdę zapamiętał wszystko tak, jak zostało to przedstawione później. Oniryczna atmosfera gęstnieje ze strony na stronę, nikt (ani bohaterowie, ani czytelnicy) nie może być niczego pewny, gdyż zakłócone zostają związki przyczynowo-skutkowe.

Jakby tego było mało, autorka sięga do postmodernistycznych zabiegów i obdarza Niepełnię samoświadomością, a odkrywamy to w chwili, gdy okazuje się, że poszczególne partie książki pisane są przez… Urwę w tym miejscu, by nie zostać oskarżonym o zdradzanie zbyt wielu tajemnic książki. Dodam tylko, że owa samoświadomość odsyła do wszelkich dywagacji na temat kreacyjnej siły literatury zdolnej wskrzeszać lub powoływać do istnienia.

Powieść ta może uwodzić, ale właśnie jako wyrafinowana konstrukcja przeznaczona do dezorientowania i straszenia czytelników. Największą krzywdą, jaką można wyrządzić Niepełni, jest traktowanie jej jako głosu w jakiejś dyskusji o cielesności, hermafrodytyzmie, płciowości. Czwarta strona okładki sugeruje, że w ten właśnie sposób winna być odczytywana. Ja jednak nie miałem ochoty iść taką ścieżką interpretacyjną. Obojnactwo jednego z bohaterów powieści to tylko kolejna anomalia w świecie Niepełni i traktować ją można (a nawet należy) tak samo jak przeklęte domy, tajemnicze zgony, zniknięcia. A ponadto ów hermafrodytyzm wykorzystany został jako ważny element fabularny, który spaja poszczególne elementy książki. Autorka nie podejmuje żadnego dyskursu, nie zabiera głosu, nie solidaryzuje się z nikim, nie gani niczego. Po prostu pozwala rozlać się w stworzonym przez siebie świecie niezwykłościom, które (ku utrapieniu odbiorców) nie znajdują logicznego ani zgodnego z jakimikolwiek regułami wyraźnego wytłumaczenia. Kańtoch ma przecież prawo anulować pretensje racjonalnego czytelnika, chcącego by w ostatnim rozdziale opowieści wszystko mu się ułożyło, a nic mu się nie układa. Cóż, być może są takie sny, których lepiej nie tłumaczyć…

Powyższe zastrzeżenie nie jest w stanie odebrać przyjemności obcowania z tą bardzo udaną powieścią grozy, której lektura przypominać może zabawę kalejdoskopem. Każdy ruch patrzącego pozwala podświetlonym elementom ułożyć się pod innym kątem, możemy czerpać z tego czystą estetyczną przyjemność, a jednak niczego poza barwnymi strukturami nie będziemy w stanie dostrzec.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasty

2 komentarze:

  1. Przeczytałem, swoją recenzję napisałem, więc mogę w końcu tu wrócić. Podoba mi się nawiązanie do Lyncha. Też nie odczytywałbym "Niepełni" jako głosu w temacie cielesności, ale przyznać muszę, że kwestia płci jest tu dość silnie zaznaczona - nawet nie tyle w postaci hermafrodytyzmu, ale płynności podziałów płciowych - tu często kobiety przejmują inicjatywę, ale mężczyźni przejawiają zachowania stereotypowo przypisywane kobietom.

    Pożeracz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No silnie, silnie... Ale niewiele mi z tego przyszło oprócz tego, że to zauważyłem. Nie kupiłem też wszystkich tych zamian, tych przebieranek. To takie na siłę nieco było. Pod tezę. Jakakolwiek by ona nie była.

      Usuń