sobota, 11 listopada 2017

Edgar Lee Masters wannabe presents, czyli "Sową" Kwiatkowskiego

Okoliczności czytania:

mając chwilkę wolnego czasu, wchodzę do modnej poznańskiej księgarni. Dużo mają książek, dużo. I rozpiętość gatunkowa ogromna - od opasłych tomiszczy ze zdjęciami skandynawskiej literatury po cieniutkie zbiorki esejów o posthumanizmie. Wszystko i dla każdego. Integralną częścią księgarni jest niewielka kawiarenka, gdzie przy 3-4 stolikach klienci mogą się i kawki napić, i ponapawać się najnowszym zakupem. 

Przy jednym stoliku dziwo. Dwóch brodatych młodych mężczyzn w kraciastych koszulach zapiętych tylko na ostatni guzik (tuż pod szyją), obaj w wełnianych czapkach trzymających się tylko na czubkach głów, okulary w grubych oprawkach, obaj przytuleni do siebie nad ekranem Macbooka. Hipsterzy w stanie czystym w warunkach naturalnych. 

Gdybym był fotografem specjalizującym się w robieniu zdjęć dzikiej natury i osobliwych gatunków, miałbym gotowe ujęcie. 

Czas czytania:

Podchodzę do półki z poezją i wyciągam kilka tomików, by przewertować zawartość.Zatrzymuję się na dłużej na najnowszym zbiorem Grzegorza Kwiatkowskiego pt. "Sową." Lektura całości zabrała mi około 4-5 minut. Książkę odłożyłem i wyszedłem.

Czy wydawnictwo uzna swoją stratę?




Wrażenia:

Cóż, nie spodziewałem się niczego nowego po tym poecie, ale nie spodziewałem się również tego, że Kwiatkowski stanie się tak przewidywalnym i w gruncie rzeczy wtórnym autorem, który wydaje się pisać wciąż i wciąż jeden ponury wiersz.

Nie lubię autorskich obsesji. Z reguły nie służą one pisaniu, mogą nużyć czytelników, zniechęcają przewidywalnością, długofalowe projekty często zamiast frapować najzwyczajniej w świecie irytują. Obracany na wszystkie możliwe sposoby wybrany motyw traci siłę, staje się przezroczysty, nieistotny, staje się szumem, pustym komunikatem. Jest jak szmer deszczu za oknem, mamrotanie morskich fal po trzech godzinach na plaży, marudzenie żony, która wciąż wierci dziurę w brzuchu męża... 

Obsesją Kwiatkowskiego jest Śmierć. Śmierć i Zagłada. Śmierć, Zagłada i Ofiary. Nagrobki, Ocaleni i Zbrodniarze. Wojna. I tak w koło Macieju... Kwiatkowski doprowadził do takiego stężenia powyższych motywów w swojej poezji, że pokusić się można o stworzenie jakieś szyderczej "maszyny", która generowałaby kolejne tomy poety. Co dwa lata wypluwałaby z siebie zbiór wierszy z doskonale rozpoznanymi i rozpoznawalnymi motywami.

Odtwarzanie ostatnich słów ofiar lub ocalonych, szkicowanie losów tych, których nazwiska sczytuje się z popękanych płyt nagrobnych, obrazki z egzekucji, wypadków i obozów koncentracyjnych, korowody trupiobladych postaci... Wszechobecna śmierć - śmiercią podszyte zabawy dziecięce, śmiercią zaczadzone relacje międzyludzkie. Właśnie z tym mielibyśmy do czynienia.

Jeżeli w tej poezji, na przestrzeni następujących po sobie tomów, istnieje jakaś zmiana tempa i tonacji, ja jej nie widzę. Nie dość tego - ja na tyle bezczelny jestem, że wizualizuję sobie, jak będzie wyglądała zawartość kolejnych książek Kwiatkowskiego. A więc kolejno odlicz: "Śmierć. Śmierć i Zagłada. Śmierć, Zagłada i Ofiary. Nagrobki, Ocaleni i Zbrodniarze. Wojna." 

Można, rzecz oczywista, można pisać o śmierci w sposób odświeżający ten motyw. Przypomina się fantastyczna "Gmina" czeskiego poety Miloša Doležala, który utkał słodko-gorzki kobierzec ludzkich losów - portrety komicznych, czasem pompatycznych, czasem żenujących w swojej zwykłości postaci, po których wyciągnęła rękę kostucha. (Sądząc z recenzji "Gminy", ta książka nie ma słabych punktów i potrafi uwieść każdego). 

No ale trzeba być Czechem, albo przynajmniej umieć raz na jakiś czas wystawić stopę spod ciężkiej pierzyny traum wszelakich, własnych i cudzych, by nabrać dystansu nawet do śmierci. Kwiatkowski tego nie potrafi i jako poeta gnije w wyrku (jak to mówiła moja mama), w którym leży od momentu wydania pierwszej książki. 

Ja wiem, że są tacy, dla których taka poezja będzie istotna, chociaż jej istota i tak zasadza się na TEMACIE, a nie na SPOSOBACH jego prowadzenia, rozgrywania, niuansowania. Na pedagogicznym rozdrapywaniu ran, na budzeniu podobno uśpionych sumień. Ta poezja wciąż szarpie za rękaw i mówi: "Ciągle żyją ludzie, którzy znali ludzi, którzy to słyszeli o ludziach, którzy przechodzili akurat obok, gdy inni ludzie opowiadali jakimś ludziom o tym, co panie, Niemcy zrobili...

Nakłoniony do skomentowania jednego ze swoich wierszy Kwiatkowski mówi: "Wydaje mi się, że dla mieszkańca Gdańska zainteresowanie wojną, ludobójstwami, meandrami historii i estetyką to wręcz oczywisty wybór, ponieważ takie są właśnie historie większości mieszkańców tych terenów." 

To ja dla kontrastu napiszę, co napisał urodzony w moim rodzinnym Kaliszu Adam Asnyk:


Trzeba z Żywymi naprzód iść,

Po życie sięgać nowe (...)


Chociaż i tak nie wydaje mi się, by gdański poeta wziął sobie te słowa do serca...

Ocena ogólna: Gdybym kupił tę książkę, po jej przeczytaniu żądałbym zwrotu pieniędzy.

Zastrzeżenie: Żebyśmy się dobrze zrozumieli, uważam, że wiedza o ostatniej wojnie światowej, o zbrodniach, katach i ofiarach, jest NIEZBĘDNA, ale wolę, gdy przypominają o tym dokumenty, historycy lub świadkowie wydarzeń, a nie męczybuły liryczne. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz