wtorek, 7 listopada 2017

Niech na całym świecie wojna, czyli "Cienka szyba" Szewca

Tak sobie jeżdżąc po Polsce (najczęściej na linii mój dom-dom moich rodziców, całe 98 kilometrów), lubię patrzeć na mijane domy. Domy wiejskie, małe domki na przedmieściach. Domy niskie, krzywe, oddzielone płotem, zapuszczonym ogródkiem od szeleszczących ulic. Domki stare, szare, popękane, odprowadzające mnie wzrokiem spranych firanek. Takie Herbertowe "Domy przedmieścia", o których zawsze myślę z czułością, bo sam w podobnym się wychowywałem. O których myślę z czułością, bo wzruszają mnie te skromne żywoty na peryferiach świata, na jego obrzeżach, skrawkach.

Mijam te domki moim obtłuczonym fordem i zastanawiam się, jak żyją ci ludzie. Co ich martwi? Czego chcą? Czy mają czym zapłacić za prąd i ogrzewanie? Co robią teraz, właśnie teraz, gdy przejeżdżam obok?


Piotr Szewc, autor "Cienkiej szyby", chyba czytał mi w myślach, pisząc zamknięte w tym tomiku wiersze. Tom bardzo wzruszający, szczery, chwytający za serce, po prostu uczciwy i jakby programowo pozbawiony lirycznych fajerwerków. Tom, który nie wyznaczy nowej drogi w rozwoju polskiej poezji, ale w zalewie wierszy aczytelnych, testujących cierpliwość czytelnika i papieru, na który są drukowane, "Cienka szyba" jest jak łyk zimnej czystej wody zaczerpniętej prosto ze studni.

Poeta od pierwszego tekstu systematycznie buduje przestrzeń i odtwarza czas, a tak naprawdę bezczas prowincji - świata, który albo powoli odchodzi w przeszłość, albo już całkowicie zniknął pożarty przez łakomą teraźniejszość. Świat wiader odbijających się o cembrowiny studni, młotków klepiących ostrza kos, ryczących krów i szczekających psów.

Szewc koncentruje się na tym, co widzialne i kontynuuje tym samym najszlachetniejsze tradycje polskiej poezji - widzi i opisuje, a tak naprawdę wspomina i opisuje. Za sprawa tych wierszy mamy wgląd w rzeczywistość, do której z racji naszego głupiego ucywilizowania dostęp już utraciliśmy. Zaglądamy do skromnych chatynek, przyglądamy się starym ludziom, którzy z mistrzowskim buddyjskim niemal skupieniem pogrążeni są w codziennej krzątaninie.

Zawsze zastanawiało mnie, o czym myślą ci starzy ludzie, którzy potrafią godzinami siedzieć przed domem i patrzeć w przestrzeń. Co przetacza się przez ich wnętrza? O kim myślą? Co rozpamiętują? Te babcie w fartuchach, które wygładziwszy fałdy spódnicy, sadowią się za pustym stołem i wypatrują przez okno sąsiadek? Ci starzy mężczyźni w za dużych już spodniach, którzy w milczeniu zatrzymują się na środku pola i obejmują wzrokiem ojcowiznę? Podejrzewam, że wiedzą więcej o życiu, niż wszyscy ci, którym wielki świat zrzuca na głowy tony zbędnych informacji, zalewa potopem obrazów, dławi lawiną dźwięków. Są spokojniejsi i bardziej pogodzeni z tym, co nieuchronne.

Bohaterowie wierszy Szewca pomimo tego, że powoli zamazują się w pamięci poety, coraz częściej odprowadzają na cmentarz rodzinę i sąsiadów, w końcu sami wyprowadzają się na tamten świat (gdzie być może panują podobne "warunki mieszkaniowe" jak tutaj, na tym łez padole), nie pozwalają sobie na najdrobniejszy nawet gest rozpaczy. Jest jak jest... I tyle. Kolej rzeczy.

Samemu poecie (przyjmujmy dla świętego spokoju, że Szewc i osoba mówiąca w tym tomie to jedna i ta sama osoba) kilka razy udaje się przecisną się przez szczeliny aseptycznej i wyjałowionej teraźniejszości. Jadąc tramwajem, wpatrując się w rozmigotane zimne światła i płaszczyzny wielkoformatowych reklam, odrywa się nagle od samego siebie i szybuje dzięki zachowanym wspomnieniom. To jedyne wyjście ewakuacyjne, to ostatnia szalupa, na której można uratować z wiecznie tonącego okrętu teraźniejszości samego siebie

(Przypomina mi się Mickiewiczowskie:

Gdy tu mój trup w pośrodku was zasiada, 
W oczy zagląda wam i głośno gada, 
Dusza w ten czas daleka, ach daleka! 
Błąka się i narzeka, ach narzeka! 

Jest u mnie kraj, ojczyzna myśli mojéj, 
I liczne mam serca mego rodzeństwo: 
Piękniejszy kraj, niż ten, co w oczach stoi, 
Rodzina milsza, niż całe pokrewieństwo…
i wiem, że słusznie mi się przypomina. )

Nie mam jakiejś wielkiej ochoty, by napinać się na mądre i przenikliwe interpretacje - ani całości, ani tym bardziej części. To po prostu bardzo dobry tom. Swojski, mój...

4 komentarze:

  1. I nawet nazwisko po części pasuje. Mam słabość do peryferiów w polskiej literaturze, choć sam mieszczuchem raczej jestem, ale pokoleniowo od niedawna dopiero. Może coś tam jeszcze w środku siedzi... i patrzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja też mieszczuch jestem, ale taki... prowincjonalny. Nie lubię i źle się czuję w dużych miastach. I nawet sześć lat spędzone w Poznaniu nie przekonały mnie do, powiedzmy, metropolii. Wewnętrzny prowincjusz jestem, więc taka poezja mnie mocno za serce chwyta. Poleciłbym ten tomik nawet tym, którzy poezję szerokim łukiem omijają.

      pzdr

      Usuń
  2. Wytropiłem Twój blog i śledzę go od miesiąca z przyjemnością. Piszesz sporo o współczesnej poezji polskiej. Gdyby chciało Ci się machnąć notkę-zestawienie wymieniającą najlepsze, Twoim zdaniem, tomiki poezji polskiej ostatnich 10/17/27 lat, przeczytałbym to z wielkim zaciekawieniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! Witam najserdeczniej. Takie sytuacje właśnie uwielbiam - ktoś mnie znalazł, ktoś mnie wytropił i obserwuje. Twoje wyzwanie jest intrygujące, ale musiałbym delikatnie je zmodyfikować. Musiałbym napisać nie o najlepszych ale o ulubionych zbiorach wierszy. Ja już tak mam, że kieruję się tylko i wyłącznie prywatnymi upodobaniami, więc moje rozważania mogą być dla kogoś tylko osobistymi niewiążącymi opiniami. Chuligańskie, często złośliwe, niepoparte akademickim aparatem terminologicznym. Ja tylko zdaję relacje ze spotkań z tekstami i opisuję, "co zrobiły mi książki." Jeżeli komuś się to podoba, znakomicie!

      Być może podejmę wyzwanie, kuszące jest mocno.

      pzdr

      Usuń