poniedziałek, 10 września 2018

Takie życie, czyli "Profesor Stoner" Williamsa

Fantastyczne w literaturze fantastycznej jest to, że od czasu do czasu ciągnie człowieka do innych odmian literatury. Marzy się soczysta, krwista, ziarnista proza. Solidnie trzymająca się ziemi literatura, która nie musi posługiwać się alegoriami, by powiedzieć coś istotnego na temat człowieka i życia. 

Korzystając z dobrodziejstw Internetu, zapytałem pewną grupę czytelników, jaką poleciliby mi powieść obyczajową. Bałem się, że zostanę zasypany propozycjami reprezentującymi powiedzmy średni poziom artystyczny, a ja chciałem szlachetnej próby realizmu. Chciałem wierzyć w bohaterów, świat i relacje, jakie zachodzą pomiędzy tymi rzeczywistościami. 

Chciałem, to i dostałem...



"Profesor Stoner" jest tak klasyczną realizacją założeń realizmu, że trudno by mi było znaleźć podobne dzieło w całym przepastnym XX wieku. Powieść otwierającą się drobiazgowym opisem dzieciństwa bohatera, zamyka scena jego śmierci. Początek i koniec. Jeden żywot. Nic więcej, chociaż tak naprawdę wszystko. Wszystko, co po większości z nas zostanie...

Nie wiem do końca, jak te tekst Wam przedstawić. Z jednej strony korci mnie, by oprzeć się o życiorys Stonera - mężczyzny, który pochodząc z rodziny biednych farmerów, odkrył na studiach powołanie, zew literatury, i ku rozczarowaniu rodziców, pozostał na uczelni, gdzie mozolnie wspinał się po szczeblach akademickiej kariery. 

Po drodze zdobywał i tracił przyjaciół, ożenił się dość nieszczęśliwie i spłodził córkę, która miała być może szansę stać się piękną i szlachetną istotą. Walczył z własnymi słabościami, intrygami współpracowników, zawiścią i bezinteresowną złośliwością. Przede wszystkim pracował, pchał przed sobą kamień, nie jeden raz cofał się, gdy ten wyślizgiwał mu się z rąk i wracał tam, skąd go podźwignięto...

Gdy oglądamy transmisje meczy piłki nożnej, czasami komentator zwraca uwagę na zawodnika, którego określa się mianem "cichego bohatera". Nie strzela on bramek, nie ma efektownych asyst ani robinsonad. On po prostu ciężko haruje, by cała drużyna osiągnęła sukces. Gdy odejdzie na emeryturę, kibice z trudem dostrzegą jego brak na boisku. Taką postacią był właśnie Stoner - człowiek solidny, ale nie wybitny. Autor jednej naukowej książki, której niemal nikt nie przeczytał. Spełniony nauczyciel, który jednak nie mógł (jak zresztą większość nauczyciel, wiem coś o tym) domyślić się nawet, jaki i czy w ogóle jakiś wywarł wpływ na swoich studentów. 

Chyba właśnie na tym polega najszlachetniejszy realizm - na snuciu opowieści o zwykłych, typowych, przeciętnych ludziach, takich "Kowalskich", którzy wchodzą i schodzą ze sceny życia niczym zawodowi statyści. Komuś są potrzebni, coś się dzięki nim dzieje, ale... Sami wiecie. Człowiek nie chciałby być takim przeciętniakiem, ale najprawdopodobniej jest.

Czy to smutne? Przygnębiające? Chyba nie, mówi Williams, każde życie jest udane i godne przeżycia. Ba! Godne opisania, następnie przeczytania. 

Gdybym miał interpretować "Profesora Stonera", musiałbym zwracać uwagę na przynajmniej kilka istotnych tropów: uparta, wykonywana z zaciśniętymi zębami praca, stoicki niemal spokój, upór, ten rodzaj uporu, jaki pozwala walczyć z nieurodzajną ziemią i niepłodnymi umysłami studentów, szczęście, które przychodzi za późno i przeganiane jest za wcześnie... Cóż, fenomenalnie ta powieść rozlicza się z naszymi złudzeniami, marzeniami, ale również porażkami - wszystko to bohater książki poznał, wchłonął, przepracował, będąc wiernym sobie i pewnemu etosowi, co finalnie donikąd go nie zaprowadziło.

Takie życie...

Na koniec powiem Wam jedną rzecz - ja się rzadko wzruszam, czytając książki. Bohaterowie literaccy są dla mnie raczej funkcjami testu, nie osobami "z krwi i kości", za którymi się tęskni, którym się kibicuje w ich zmaganiach z żywiołami życia. A jednak mój zimny, lodowaty niemal sposób odbioru tekstów czasem musi się rozpaść się w pył w konfrontacji ze specyficznie ukształtowaną opowieścią.

Gdy poznaję bohatera w młodości, towarzyszę mu na krętych drogach dorosłości, a potem siedzę obok jego łoża śmierci, wtedy zżywam się z nim. Tak jakoś po ludzku, tak normalnie... I najzwyczajniej smutno mi, gdy musimy się rozstać.

Te moje chaotyczne rozważania dobiegają końca. Szukajcie (tej książki), a znajdziecie kawał naprawdę dobrej literatury. Mocno polecam.

4 komentarze:

  1. Również byłam pod wrażeniem tej powieści, jej inności i braku egzaltacji. Stonera czytałam w grudniu zeszłego roku, pisałam o nim również pochlebnie u siebie. Jeśli taki sposób narracji przypadł Ci do gustu, to polecam Cienie nad rzeką Hudson. Znakomita rzecz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, te "Cienie..." to może nawet sobie chwycę. Dzięki.

      Usuń
  2. Przeklęta niech będzie ma pamięć i rozstrzelona czytelność... Niedawno natknąłem się gdzieś na odwołanie do "Stonera" i za nic nie mogę sobie przypomnieć gdzie. Zgroza.

    Pożeracz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo za dużo czytasz ;-) Jak człowiek czyta tyle, ile statystyczny Polak, to nie ma problemu.

      Usuń