środa, 5 grudnia 2018

Puste orzechy, czyli "Dumanowski" Szostaka

Pisarzy, którzy starali się zaglądać pod podszewkę polskości, można liczyć na kopy. W każdy możliwy sposób, przy pomocy dowolnej stylistyki, gatunku, rodzaju literackiego lub kategorii estetycznej rozprawiano się z Polską. Chwalono ją albo ganiono, uświęcano lub odbrązawiano. Kazano się kajać lub dumnie nosić swoje blizny. Ktokolwiek chciał wyrobić sobie jakieś zdanie o Polsce lub podeprzeć własną optykę literaturą, miał do dyspozycji setki książek – autorów pierwszorzędnych i drugorzędnych. Innymi słowy, rodzimi twórcy uwielbiają siłować się z polskością i, co oczywiste, raz z tej konfrontacji wychodzą obronną ręką, innym razem temat wydaje się ich przerastać.

Polska historia zaś aż prosi się o dziesiątki swoich alternatywnych wersji. Ogromna liczba „punktów węzłowych”, za sprawą których pociąg dziejów pojechał tam a nie gdzie indziej, sprawia, że bardzo łatwo spekulować na temat tego „co by było gdyby…”


Wit Szostak tworzy biografię fikcyjnego bohatera i osadza ją w fikcyjnej Polsce. To oczywiste, wynikające z powierzchownego odczytania stwierdzenie musi zostać jednak obudowane kilkoma informacjami, które pozwolą w pełni docenić ambitny zamiar pisarza oraz zrozumieć, dlaczego powieść ta nie spełnia pokładanych w niej nadziei.

Zacznijmy jednak od początku – pierwsze strony podzielonej na krótkie rozdziały powieści przesycone są głębokim smutkiem. Dowiadujemy się, że zmarł właśnie „ojciec” wszystkich Polaków, przywódca o cechach biblijnego patriarchy, sprawiedliwy, dostojny, mądry wizjoner – Józefat Dumanowski. Przygotowania do ceremonii pogrzebowej, dziwny stupor, w jakim pogrąża się rzeczywistość, ludzie z otoczenia zmarłego, których nagle opuszcza poczucie sensu, żałoba rozlewająca się wraz z wiadomością o śmierci – to wszystko stanowi znakomitą ekspozycję tekstu. Jego dalsza część odtwarza losy tytułowego bohatera będącego ucieleśnieniem snu Polaków o idealnym, skrojonym na miarę marzeń i oczekiwań, przywódcy narodu.

Kim jest Dumanowski? Nie sposób odpowiedzieć na to pytanie. Jego pochodzenie jest niejasne, zanurzone w mrokach niedopowiedzeń, domysłów, które później przeobrażą się w legendę, rodzaj założycielskiego mitu. Dalsze partie opowieści to prawdziwa feeria przygód i mniejszych lub większych awantur. Szostak przemieszcza bohatera po całym kontynencie europejskim i, opisując poszczególne eskapady, udowadnia, że jak ryba w wodzie czuje się w gąszczu nawiązań, sugestii, kontekstów i skojarzeń. Życie Dumanowskiego splecione z XIX-wiecznymi „znakami rozpoznawczymi” tworzy naprawdę apetyczną mieszankę, a tytułowy bohater na tle swojej epoki nieustannie przeobraża się niczym Proteus z fraszki Kochanowskiego.

Cóż jednak z tego, skoro powieść najczęściej nie przynosi wiele więcej poza satysfakcją rozpoznania znanej ale zapomnianej melodii? Szostak co rusz porozumiewawczo mruga do nas okiem, nawiązując do jak największej liczby bohaterów, scen, symboli i miejsc kojarzących się z opisywaną epoką. Już sam początek książki zapowiada strategię, którą konsekwentnie rozwija autor – jeden z pierwszych epizodów to opis Dumanowskiego, który wraz ze swoim przyjacielem ucieka z pobitej w Rosji napoleońskiej armii i w mniszym przebraniu, udając tajnego emisariusza, wędruje bezdrożami Litwy. Brzmi znajomo, prawda? Takich „zagadek” znajdziemy dużo więcej.

Potencjalny czytelnik Dumanowskiego kuszony jest również obecnymi na kartach powieści postaciami Adama Mickiewicza i Juliusza Słowackiego. Można jednak mieć wątpliwości, w jakim celu Szostak zamienił wieszcza w pretensjonalnego antypatycznego dziwkarza, a Słowackiego w opętane dziwną manią indywiduum? Taki patent rzecz jasna da się obronić, żonglując hasłami o zrzucaniu z cokołów narodowych świętości, ale w moich uszach pomysły pisarza brzmią jak wystrzały ślepymi nabojami, które tłumaczy wyłącznie wewnętrzna logika powieści i wolność artystycznego wyrazu. Autor żadnej nowej warstwy Mickiewiczowi nie dołożył, najmniejszych sensów Słowackiemu też nie przybyło.

Dlatego moim zdaniem ta książka służy tylko rozrywce i nie do końca mogę pogodzić się z myślą, że Dumanowski wyraża jakąś głębszą, refleksję na temat losów Polski i tęsknoty za bohaterem, w którym skumulują się wszystkie możliwości, jakie drzemią w naszych rodakach. Tekst uwodzi pozorną głębią, pobłyskują w niej realizm magiczny, elementy powieści płaszcza i szpady, przyśpiewki ludowe oraz fragmenty „naukowych” opracowań. Sceny symboliczne krzyżują się z obyczajowymi odtwarzającymi realia XIX-wiecznego Krakowa. A jednak wszystko to szeleści papierem.

Szostak „umie w literaturę”, ale cały problem z Dumanowskim polega na tym, że jest on przede wszystkim doskonałym ćwiczeniem stylistycznym, repetytorium z polskiej kultury XIX wieku, nie zaś odświeżającym konwencję pisania o Polsce i dającym do myślenia tekstem, który skłaniałby do głębszej medytacji o niezwykłym miejscu i czasie, w jakim mógłby żyć tytułowy bohater.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl

2 komentarze:

  1. Czyli o polskości nadal najwięcej mówi "Wesele"? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I "Wesele", i "Dziady III", i "Pan Tadeusz", i "Trans-Atlantyk", i... Można wymieniać długo. Ja tam kocham polskość przede wszystkim za to, że się można wobec niej różnorako ustawić, że można chwalić i ganić. Można wszystko, bo w sumie mamy i masę zalet, i masę wad w naszym DNA.

      Usuń