niedziela, 23 grudnia 2018

Zwykłe ordynarne życie, czyli "Szpik egzystencji" Czuchnowskiego

Chyba niepotrzebnie zawęziłem sobie horyzont poznawczy, gdy myśląc o polskiej poezji emigracyjnej, przywoływałem zaledwie kilka „szkolnych” nazwisk. No bo wielcy uciekinierzy, Lechoń i Wierzyński, którzy nigdy nie odkleili się od Polski, nigdy nie wyparowała z nich Ziemiańska, do końca grać im miały czarne fortepiany. No bo Baliński. Ładny, elegijny, kapliczki na rozstajach dróg i dworki pobielane. Miłosz? No wiadomo… 

Nazwiska innych można wymieniać jeszcze długo, ale wspólny mianownik będzie zawsze podobny – albo odtwarza się zmiażdżony kataklizmem wojny świat, albo stara się zapuścić korzenie w „miejscach wspólnych” kultury europejskiej.

Przez jakiś czas poezja ta była mi całkowicie obca, potem zaś nawet wzruszała obrazami brzydko starzejących się niegdysiejszych literackich bożyszczy, którzy pozamykani w anonimowych hotelowych pokojach, szlochali nad utraconym wszystkim.

Taki „polonistyczny” wręcz obraz okazał się dziurawy, niepełny, wielce niekompletny. Zdałem sobie z tego sprawę, gdy trafiłem na książkę Mariana Czuchnowskiego „Szpik egzystencji”.

To prawie 240 stron poematu. A może powieści wierszem? Lawiny słów czasem pozbawione interpunkcji i pocięte zgodnie z rytmem kolejnych wplatających się w opowieść głosów? Czytanie tej książki przypomina czesanie zapuszczanych przez 20 lat włosów – tak sobie pomyślałem.



Nie chcę Was zanudzać biografią poety; dość powiedzieć, że od zawsze lewicował, jego przedwojenne wiersze orbitowały wokół planety Czechowicza, chociaż zdążył jeszcze przed rokiem 1939 pokazać się jako wrażliwy i ostry liryczny komentator społeczny. Więzień łagrów, żołnierz armii Andersa, po wojnie londyńczyk z wyboru. Śmierć w roku 1991. Długo żył.

Niełatwo będzie kogoś przekonać do tej książki, która jest moim skromny zdaniem jednym z najważniejszych wydarzeń literackich odnotowanym przeze mnie na skromnym poletku naszej kultury.

Utwór publikowany wcześniej we fragmentach, rozproszony w emigracyjnych pismach, nie dawał się do tej pory poznać w całej swojej rozpiętości. Dopiero powolna, rozłożona na kilka dni (tygodni?) lektura, wgryzanie się w tekst, płynięcie nim, pozwala w pełni docenić rangę przedsięwzięcia Czuchnowskiego.

Czym „Szpik…” jest? Na pozór spontaniczny, „gorący” zapis rzeczywistości. Coś na kształt dziennika? Pamiętnika? Zestaw krzyżujących się ze sobą głosów, intymnych wyznań, portretów malowanych szybkimi pociągnięciami pędzla? Podsłuchane spowiedzi, do jakich przystępuje się w czasie przerwy na papierosa lub nad kolejną butelką ciemnego piwa.

Czy cokolwiek Wam to mówi? Nie wiem.

Książka składa się z długich, ciągnących się na przestrzeni kilkunastu stron poematów, których bohaterami są ludzie, jakim nie udało się dojechać do końca trasy rollercoasterem życia. (Piękna metafora, nie ma co…) Poeta oddaje im głos, pozwala się wygadać, wyżalić, opowiedzieć o drobnych tryumfach i srogich porażkach. Nie ma jednak w tych historiach za grosz morału, nie ma drugiego dna, nie znajdziemy pokrzepienia lub pouczenia. Trafimy na fotograficzną wręcz wierność rzeczywistości, nie-do-udźwignięcia niemal ciężar detali, dzięki którym zyskać można wiedzę na temat losu, jaki zgotowało ludziom dwudzieste stulecie.   

Czuchnowski nie jest kaznodzieją. Żaden z życiorysów nie staje się pompatyczną parabolą, przypowieścią, ilustracją mechanizmów historii. Niczemu nie przypisuje się tu drugiego dna. Życie to życie i służy do życia: 

„zwykłe ordynarne życie/ cóż może być od niego bardziej ordynarnego/ bardziej drogiego czysta naga egzystencja/ trwanie praca jedzenie sen sen praca jedzenie/ rok za rokiem tak samo praca jedzenie/nie sądzę żeby ktoś wymyślił lepszą rzecz niż życie/ co jednak można wymyślić lepszego/ niż praca jedzenie i sen”

Kto tak mówi? Bohater, który wraca z pracy, siada z córką do lekcji i czeka na powrót żony z pracy. Boże, myślę sobie, przecież to o mnie…

Można „Szpik egzystencji” czytać o wiele uważniej i mądrzej – uniwersyteckie dysertacje wyciągną z Czuchnowskiego tyle, ile kuter rybacki z bogatego łowiska. Ja mam tylko niewielką wędkę i łódkę, którą pływam sobie, ciesząc się pogodą i pobłyskami słońca na łamiących się falach.

Z czystym sumieniem – jedna z książek roku, chociaż nie dla wszystkich i niezgrabnie opisana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz