czwartek, 3 stycznia 2019

Póki tłoki pracują, czyli "Blackwater. Magia i stal" Pierumowa


Ja już najprawdopodobniej dawno temu wyrosłem z tego typu literatury. Z roku na rok coraz starszy jestem i rzadko co i rzadko kiedy jest mnie w stanie porwać, zachwycić, ruszyć, wzruszyć. Dla takich starych dziadów to ewentualnie żywoty świętych pańskich, „Kazania sejmowe” Piotra Skargi lub „Rodzina Połanieckich” Sienkiewicza (którą akurat czytam powolutku). Nie znaczy to jednak, że kompletnie oślepłem i straciłem węch. Doceniam, a nawet z czystym sumieniem czasem polecę coś, co nie jest adresowane akurat do mnie. Tak się sprawy mają w przypadku książki Nika Pierumowa „Blackwater. Magia i stal”.

Rosyjski autor zasłynął w świecie fantastyki jako rewizjonista -  tworząc swoistą kontynuację kanonicznej opowieści Tolkiena, odwrócił zło i dobro, wymieszał wartości, zrelatywizował prosty i klarowny świat Śródziemia. Został zauważony, chyba nawet słusznie.

Książka, którą mam przed sobą, również tylko na pozór jest oczywistą historią dziejącą się w rzeczywistości wypełnionej łatwo rozpoznawalnymi, utrwalonymi w świadomości odbiorców gatunku, elementami pochodzącymi z takich gatunków jak steampunk czy magiczne bildungsroman a la Harry Potter. Pod powierzchnią tej powieści są piwnice i lochy, w które warto się chyba zapuścić. A są one dla mnie o wiele ciekawsze, niż ładnie oświetlone przestronne pokoje na piętrach.



Fabularnie Pierumow nie zaskakuje za bardzo. Wprowadza nas w klasycznie zaprojektowaną przestrzeń, w której ścierają się ze sobą dwie opozycyjne siły. Początkowo świat przyjdzie nam poznawać za sprawą nastoletniej Molly Blackwater, która żyje w Nord Jorku, w mieście-molochu przypominającym skrzyżowanie Metropolis (Fritza Langa) i wiktoriańskiego Londynu. Bród, węglowy pył, potężne maszyny pracujące w trzewiach fabryk, zastępy robotników powoli spychanych na margines egzystencji za sprawą rewolucji technologicznej będącej owocem tryumfującego racjonalizmu, oficjalnej doktryny państwa.

W tym świecie magia jest zakazana, a ludzie wykazujący zdolności magiczne wtrącani do więzień. Ja wiem, brzmi to dość sztampowo i prowadzi nas prostą drogą w kierunku oczywistego zawiązania fabuły – główna bohaterka odkrywa w sobie zakazane „właściwości”, co rzecz jasna wywołuje u niej paniczny strach, gdyż dziewczyna doskonale wie, co się stanie, gdy dowiedzą się o tym odpowiednio mroczne służby.

I jeszcze jedno – Królestwo, którego obywatelką jest panna Blackwater, toczy zażartą walkę z niejakimi Rooskies, którzy stojąc na nieco niższym szczeblu rozwoju cywilizacyjnego nie pozwalają sobie w kaszę (ze skwarkami) dmuchać i dzielnie bronią swojej niezależności. Stali, silnikom parowym i potędze pociągów pancernych przeciwstawiają siłę ducha, odwagę i (a to ci niespodzianka) magię.

Czujecie? Pierumow ładnie sobie zakpił z wszelkich stereotypów na temat własnych ziomków. Rooskies odsyłają nas do stygmatyzującego określenia „Ruski” (co w mniej wrażliwych na uroki słowiańszczyzny uszach może nie zostać wysłyszane). Rooskies, początkowo portretowani jako barbarzyńcy, dzikusy i niebezpieczni nieokrzesańcy, z czasem zyskują w oczach nie tylko samej bohaterki, ale również czytelników. W odróżnieniu od bezdusznego i niemal totalitarnego Królestwa, dystyngowanego i wyrafinowanego mocarstwa, pielęgnują inne cnoty – odwagę, żywiołowość, dumę wynikającą z poczucia przynależności do wolnych istot, których nie krępuje stechnicyzowana cywilizacja.

Ta powieść to hymn ku czci czegoś, co nazwać można słowiańską (a już na pewno rosyjską) duszą. Przychodziło mi na myśl nawet, by nazwać Pierumowa pomniejszym piewcą idei panslawizmu, ale mam chyba za mało argumentów, by to zrobić.

Tak czy siak całkiem dobrze się czyta „Magię i stal” jako ilustrację pewnych tarć cywilizacyjnych, których świadkami przecież byliśmy i wciąż jeszcze jesteśmy. Umowny świat Zachodu i jego kultura nieustannie przecież próbowała skruszyć pomniejsze ośrodki charakteryzujące się odmienną obyczajowością, tradycjami, wzorami życia społecznego. Do pewnego momentu doskonale się to udawało. Teraz z tego, co widzę, maszyna Zachodu zaciera się, w jej tryby dostaje się coraz więcej piasku i być może za kilka pokoleń fabryka definitywnie zatrzyma produkcję.

W świecie Pierumowa wciąż jednak tłoki sumiennie wywiązują się ze swoich zadań. Czyżby się spóźnił ze swoją diagnozą?

2 komentarze:

  1. Kwestia formalna: czy to "Rooskies" to nie bardziej odwołanie do hamerykańskiego "Ruskies"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No chyba właśnie nie. Wystarczy przeczytać ich opis - wyglądają jak rasowi Słowianie.

      Usuń