wtorek, 14 maja 2019

Jak chłop "Diabelską maszynę" Sheckleya oszukał


To kolejny zbiór opowiadań amerykańskiego pisarza, którego najbardziej znane, cenione i inspirujące opowiadania powstały w złotych dla science fiction czasach, w latach 50 i 60. Jednak w przypadku prozy Sheckleya mamy do czynienia z nieco innym niż złoto materiałem. Jego opowiadania przypominają raczej fajerwerki, które ze świstem wspinają się ku górze, eksplodują cudowną pointą i zostawiają czytelnika z rozdziawioną gębą. Najczęściej tak to właśnie wygląda. Czytam Sheckleya i czuję czystą, niemal dziecięcą radochę.



Zebrane w tym tomie opowiadania eksplorują (z drobnymi wyjątkami) problem relacji pomiędzy maszyną, urządzeniem, mechanizmem a jego twórcą – człowiekiem. Wszelkie nieszczęścia, nieporozumienia i problemy są wkalkulowane w pozorny komfort, jaki zawdzięczać może człowiek obecności wyręczających go urządzeń. Człowiek zaś, z pozoru skazany na sromotną klęskę w starciu z maszyną, niemal zawsze wychodzi zwycięsko z tej konfrontacji. Ludzka zdolność do improwizacji, zbawienny przebłysk geniuszu, spryt lub przypadek dają przewagę nad nieskończenie racjonalnym i precyzyjnym programem. Sheckley w nas wierzy. To przyjemna świadomość.

W pewnym momencie lektury zrozumiałem, dlaczego czułem niewyraźne ale odczuwalne mrowienie z tyłu głowy. Z czymś mi się te teksty kojarzyły. Czy opowiadania zebrane w „Diabelskiej maszynie” nie przypominają starych dobrych ludowych bajań, dubów smalonych, o sprytnym poczciwym chłopie, który potrafił nawet samego diabła oszwabić i wywieźć nomen omen w pole? W omawianym przypadku diabłem jest maszyna, pudło szczelnie wypchane plątaniną kabli i błyszczące diodami.

Powiem Wam tak – to są naprawdę proste opowiadania. Bohaterowie są płascy, sprowadzeni tylko i wyłącznie do poziomu kogoś, „kogo coś spotyka”. Nowoczesność jest sklejona z najbardziej oczywistych i chyba jednak naiwnych wyobrażeń dotyczących przyszłości. Kilka stron wystarczy, by rozwinąć koncept i dobiec do wyraźnej pointy. I wiecie co? To działa. Te starodawne (liczące sobie przecież prawie 70 lat teksty) mogą się podobać.

PS

Gdyby się Wam ta recenzja nie podobała, to w tym momencie przejadę się na plecach Zbigniewa Herberta, który w wierszu „Szachy” drżał na myśl o niesympatycznych konsekwencjach pojedynku komputera Deep Blue, który ograł samego Kasparowa.

(…)
nuworysz
Deep Blue
rozpycha się po polach
uszytych z płaszcza arlekina
i drwiący ignorant
nafaszerowany
wszystkimi otwarciami
atakami obroną
a wreszcie radosnym
hallali nad zwłokami
przeciwnika

tak więc
królewska gra
przechodzi pod władzę
automatów
(…)”

1 komentarz:

  1. O, ciekawa ta jego w wiara w człowieka. Mam wrażenie, że dziś mało kto z piszących SF ją podziela. Choć wcale im się nie dziwię.

    OdpowiedzUsuń