czwartek, 16 maja 2019

Opowiadania nieprzepłacone, czyli Bradbury razy trzy

Pewne kwestie już chyba raz na zawsze rozstrzygnięto – Ray Bradbury jest klasykiem literatury fantastyczno-naukowej, a jego miejsce na tym Parnasie jest bezpieczne; nie da się go zdetronizować, skompromitować nietrafnych prognoz, ośmieszyć jadowitym i cynicznym „Bradbury wielkim pisarzem był”. Zdumiewające jest to, jak bardzo uodparniał się na wszelkie żywioły grożące literaturze – niestraszny mu czas, nie trafił na cmentarzysko martwych wizjonerów, ta proza wciąż oddycha, jest zieloną gałęzią na tle uschniętych lub połamanych drzew.

Bradbury’ego nigdy nie interesowało hard science fiction. Skomplikowane i wielopiętrowe wizje przyszłości, drobiazgowe opisy zdobyczy techniki, futurologia skupiona na przewidywaniach tego, co może spotkać ludzkie masy – to wszystko tylko w śladowych ilościach obecne było w jego prozie. Gdy postanawia wysłać swoich bohaterów w kosmos, po prostu wsiadają oni do rakiety i przebijają się przez ziemską atmosferę. Nikogo nie interesuje ani rodzaj paliwa, ani konstrukcja silników mogących oderwać człowieka od powierzchni macierzystej planety. Inaczej rzecz się miała w przypadku takich pisarzy jak Clarke, Asimov, Heinlein czy nasz Lem, którzy sporo uwagi poświęcali uwiarygodnieniu możliwości galopującej technologii. Bradbury życzliwie ignoruje te kwestie i dzięki temu, moim zdaniem, zdobywa przewagę nad wyżej wymienionymi, których przewidywania najczęściej okazały się chybione.

Autor Kronik marsjańskich od samego początku idzie własną, rozpoznawalną i na pozór łatwiejszą drogą. Jego proza (z przewagą krótszych form) niemal zawsze sonduje kondycję człowieka, testuje granice wytrzymałości sumienia na ciśnienie „nowych czasów”, bada, jak daleko może posunąć się ludzkość i nie zatracić czegoś tak kruchego jak człowieczeństwo. Ogólnie rozumiane „jutro” staje się dla pisarza poligonem, na którym bohater dokonuje złych lub dobrych wyborów. Bardzo proste i umowne dekoracje, jakie autor ustawia na scenie swoich tekstów, odwołują się do dość uproszczonych wyobrażeń na temat przyszłości – podróże międzygwiezdne, roboty, pistolety laserowe, niejasnego pochodzenia totalitarna władza tłamsząca jednostki stanowią zestaw, który w zupełności mu wystarcza. Umowność ta powoduje, że często teksty Bradbury’ego odczytywać można jak powiastki filozoficzne lub pomniejsze parabole rozgrywające się wśród gwiazd.

Szlachetną obsesją autora jest również obrona nieokiełznanej wolnej wyobraźni przed stechnicyzowanymi wyobrażeniami, jakie serwuje człowiekowi kultura masowa i cywilizacja obrazkowa. Znajduje to wyraźne odbicie w tekstach, bowiem można w nich trafić na czytelne odwołania do klasyków, z którymi pokrewieństwo Bradbury czuje – Poego, Hawthorne’a, Szekspira...

Wydawnictwo MAG publikując w serii Artefakty opasły tom, w którym zgromadzono najważniejsze i najbardziej reprezentatywne teksty amerykańskiego pisarza – Kroniki marsjańskieCzłowieka ilustrowanego i Złociste jabłka słońca, umożliwiło polskim czytelnikom uchwycenie całej magii i głęboko humanistycznego wymiaru twórczości Bradbury’ego.



Kroniki marsjańskie to chyba najbardziej konceptualne dzieło pisarza – rozpisana na zazębiające się z sobą opowiadania historia o mieszkańcach Marsa, którzy muszą zmierzyć się z Ziemianami chcącymi skolonizować Czerwoną Planetę, narzucić jej własny system wartości i przekonań, ziemską estetykę i filozofię postrzegania rzeczywistości. Kolejne teksty prezentują słabnący opór Marsjan, ich eksterminację, gorzki tryumf człowieka nad podbitą planetą.

Bradbury’ego można więc czytać jako twórcę paraboli procesów historycznych – czy kolonizacja Marsa nie przypomina ekspansji konkwistadorów albo naporu kolonizatorów na Czarnym Lądzie? Czy Ziemianie nie przypominają dumnych i patrzących z poczuciem wyższości na podbijane ludy Europejczyków? Czyżby Kroniki Marsjańskie stały się elementem dyskursu postkolonialnego? Być może. Bezpieczniej jest sięgnąć bliżej i zaznaczyć, że Bradbury piętnuje przede wszystkim arogancki konsumpcjonizm, rozpasaną prymitywną rozrywkę i pozbawioną pierwiastka duchowego cywilizację. W opowiadaniach z tego cyklu przegląda się Ameryka połowy XX wieku – społeczeństwo bigotów, rasistów, ksenofobów wierzących w swoją misję, kraj „amerykańskiego snu”, który staje się koszmarem.

Niemal każde z opowiadań także dziś może zaskoczyć, wzruszyć lub, co chyba najtrudniejsze, przestraszyć. Na kilkunastu stronach Bradbury potrafi zarysować fabułę, znaleźć punkt ciężkości tekstu, zawiązać akcję i zmusić bohaterów do mierzenia się z nierzadko trudnymi moralnie wyborami. Język odbiega od klasycznie rozumianego przezroczystego stylu, służącego tylko suchej sprawozdawczości. Pióro pisarza fantastycznie radzi sobie z opisami, które nierzadko są przecudnej poetyckiej urody – potrafią zahipnotyzować i zmusić do wielokrotnego czytania tych samych partii tekstu.

Ilustrowany człowiek i Złociste jabłko słońca mają mniej zwartą budowę i stanowią zbiory tekstów w najgorszym razie dobrych, z których niewiele zostało nadgryzionych zębem czasu. Bradbury imponuje rozmachem wizji i możliwościami wyobraźni. Spłukiwana wiecznym deszczem planeta, starożytne Chiny, bliżej nieokreślona przyszłość, przestrzeń kosmiczna, amerykańska prowincja – w każdym możliwym świecie przedstawionym pisarz czuje się proszonym gościem i znów podejmuje podobne problemy. Ostrzega przed uwiądem wyobraźni spowodowanym ekspansją telewizji i kultury obrazkowej, pochyla się nad alienacją i tęsknotą „człowieka przyszłości”, sumuje koszty, jakie trzeba ponieść, gdy nowoczesność i technologia wystawią rachunek za wygodne życie.

Zbiór kilkudziesięciu tekstów jest w stanie zadowolić najwybredniejszego konesera literatury fantastycznej. Bradbury’emu z łatwością udaje się wzruszyć, przestraszyć, zahipnotyzować i oczarować odbiorcę. Zadać mu przy pomocy nośnego konceptu ważne pytania i przypomnieć o moralnych powinnościach. To stuprocentowa klasyka, której nie można nie znać.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasty.

3 komentarze: