środa, 6 lutego 2019

Przełamane życie wieszcza, czyli "Opowieść o Mickiewiczu" Pruszyńskiego

To była zdumiewająca lektura. I nie dla wszystkich, niestety, taką będzie. Mógłbym powtórzyć za Gałkiewiczem z "Ferdydurke": "Nikt nie czyta Mickiewicza. Nikt, tylko my w wieku szkolnym i to dlatego, że nas zmuszają". A gdzie tu jeszcze ktoś z własnej nieprzymuszonej woli czytałby O Wieszczu? Komu by się chciało dłubać w biografii najpierw pozłacanego, a potem odbrązawianego geniusza? 

Nie chwyciłbym za "Opowieść o Mickiewiczu" Ksawerego Pruszyńskiego, gdyby nie zachęta znajomego, który się z procesu Filomatów doktoryzował. "To napisana z największą pasją biografia. Trochę pozmyślane i ubarwione, ale to dobry początek". Mój znajomy miał rację - znakomicie się to czyta, widać, że pisał o Mickiewiczu literat nie lada piórem obdarzony, a nie suchotnik-biograf, który sam umarłby z nudów nad swoim dziełem.



Książka Pruszyńskiego znakomicie organizuje szkolną, dość pobieżną przecież, wiedzę o  życiu poety. Niby każdy może sobie sprawdzić, gdzie i kiedy, co i jak u Mickiewicza w życiorysie piszczało, ale Pruszyński przyprawia tę opowieść kapitalnymi, plastycznymi, barwnymi jak malarstwo rodzajowe, rekonstrukcjami środowisk, w jakich hartowała się dusza, charakter i wyobraźnia poety. Rodzinna Litwa, w której wciąż potężny był żywioł sarmacki, buzujące intelektualnie Wilno, depresyjne Kowno (tu poeta umierał jako nauczyciel "tępych żmudzkich łbów" i z nudów chyba również romansował z doktorową Kowalską), monstrualna wizytówka potęgi cara, Petersburg, zepsuta portowa Odessa (kolejna seria romansów), Drezno, Rzym, Paryż... I tak aż do śmierci. Najeździł się chłopak, najeździł. A na dodatek wszystko go inspiruje, napędza, pobudza, drażni, mobilizuje. 

Do pewnego czasu. Paryż (a tak naprawdę chyba środowisko Polaków, niestety, skłóconych po klęsce powstania listopadowego) był ostatnim ważnym przystankiem Mickiewicza-poety. "Pan Tadeusz" był ostatnim zamaszystym gestem autora, który "Balladami..." romantyzm otworzył, a Soplicowem przycisnął trumienną deskę epoki. Ostatnich 20 lat życia nie pisał niemal nic. Jeżeli cokolwiek spłynęło na papier, nie uchowało się - być może sam Mickiewicz spalił kolejne próbki literackie pod wpływem szkodnika Towiańskiego? Prawdopodobne.

Zawsze bolały mnie te dwie ostatnie dekady życia poety-niepoety. Wypstrykał się? Skończył? Przestał wierzyć w siłę literatury, a zainwestował w czyn? W pracę? Organizację polskiego legionu, którym chciał... No właśnie. Smutne to, zważywszy na to, że jako człowiek twardo stąpający po ziemi, Mickiewicz chyba żadnego istotnego sukcesu nie dożył, a jako "fantasta", "oryginał", "Azjata" (jak go nazywano po publikacji "Sonetów krymskich"), na trwale zapisał się w świadomości własnego  narodu, ba! zbudował jego tożsamość, przekonał o wyjątkowości, uświęcił klęski i nauczył je widzieć w innej niż tylko ziemskiej perspektywie.

"Opowieść o Mickiewiczu" odtwarza również nudny koszmar małżeństwa poety, odsłania powody, dla których tak a nie inaczej poprowadzono w epopei narodowej wątek nieszczęśliwych zalotów Jacka Soplicy, a przede wszystkim dokumentuje rozpad przyjacielskich więzi, jakie miały na wieki wieków amen spajać przyjaciół dzielących cele w klasztorze ojców bazylianów. 

Ciekawych oczywiście odsyłam do lektury "Opowieści o Mickiewiczu" - wzorcowa to "biografia". Cudzysłów chyba jest jednak w tym przypadku konieczny.

Polecam. Mocno. I już.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz