środa, 13 listopada 2013

No wystrasz mnie, czyli "Spadająca kobieta" Murphy

Gdy czytam horror, za każdym razem wpadam w pułapkę. Za każdym razem. No cóż ja na to poradzę, że ostatni raz bałem się powieści grozy, gdy w podstawówce przerabiałem jakąś powieść Jamesa Herberta, a potem żaden "mistrz" nie sprawił, że poczułem dreszcze na plecach. Żaden King, Barker, Masterton, Smith (ten od krabów-gigantów), żaden.

Być może to moja prywatna skaza. Czytając, nie widzę obrazów - widzę SŁOWA,  które owe obrazy nazywają. Dopiero krańcowym wysiłkiem wyobraźni jestem w stanie zamiast słowa "wampir", wampira "zobaczyć." Takie upośledzenie skłania mnie do szukania w horrorach tylko czystej brudnej przyjemności obcowania z krwią, flakami, malowniczymi opisami kolejnych zbrodni lub z nieludzką florą i fauną.

Nic więcej, a przynajmniej niewiele więcej.

Niespecjalnie bałem się też czytając powieść Pat Murphy pt. "Spadająca kobieta." Książkę tę nagrodzono Nebulą w 1985 roku, z okładki dowiedziałem się, że całość miesza elementy horroru z mocną fantastyką, przedstawia mroczny świat archaicznych wierzeń Majów, żmudną pracę archeologów, która nie ma zbyt wiele wspólnego z romantycznymi fikołkami Indiany Jonesa...

Główna bohaterka prowadzi stanowisko archeologiczne w zapomnianym przez bogów skrawku Meksyku. Jest starzejącą się kobietą, która na płaszczyźnie życia osobistego przegrała wszystko, co tylko mogła - wygrzebała się z nieudanego małżeństwa, miała próbę samobójczą, rezydowała w wariatkowie, córkę zostawiła z byłym mężem, a sama mozolnie wspinała się po szczeblach kariery akademickiej... I jeszcze jedno - notorycznie widzi duchy dawno zmarłych Indian. Ot, taka drobna przypadłość.

Naszą bohaterkę odwiedza jej dorosła już córka. Równie nieszczęśliwa co matka. Ze złamanym sercem, z pogruchotaną psychiką, z wiadomością o śmierci ojca...

Na tę parę kobiet parol zagięły starożytne moce kłębiące się w wydzieranych ziemi ruinach.



Moja pierwsza refleksja? O ile jedna lub dwie manifestacje straszydeł mogą nawet zalatywać horrorem, to duchy pojawiające się co dwie-trzy strony już nikogo nie wystraszą. Spychają powieść w rejony literatury najogólniej rzecz biorąc fantastycznej, a czytelnik czekać powinien na jakiegoś rodzaju (pseudo)rozwiązanie tłumaczące taką a nie inną właściwość opisywanego świata.

Nie, nie dałem się wystraszyć, chociaż przez 3/4 książki niemal na głos prosiłem autorkę: "No wystrasz mnie w końcu, no!" Jednak głupi byłem, domagając się czegoś, co skutecznie przesłaniało mi drugi plan powieści. O wiele istotniejszy, mądrzejszy, ba!, nawet w pewnym sensie oryginalny. Zrozumiałem bowiem, że nie o duchy tu chodzi, choćby malowniczo snuły się po zakurzonej dżungli Jukatanu. Nie o żądające ofiary bóstwa, choćby obrzędy ku ich czci opisano tak, że wyczuwamy pradawną grozę.

To wszystko za mała stawka. Tu chodzi o ponurą refleksję na temat pracy. Tak, pracy właśnie. Cienie przeszłości, jakie prześladują bohaterkę to ni mniej ni więcej tylko gorzkie owoce wyniszczających obsesyjnych poszukiwań archeologicznych. Kobieta w więzieniu swojego powołania nieświadomie niszczy wszystko i wszystkich na swojej drodze. Bać się? Można. Właśnie tego.

Nieprzypadkowo jeden z bohaterów tak kwituje taką postawę:

- Nie jest problemem, że widzisz zmarłych. Problemem jest, że nie widzisz żyjących.

Mocne, gorzkie, wypowiedziane znad szklanki ciepłego alkoholu słowa.

"Spadająca kobieta" o ile nie broni się jako horror, to doskonale radzi sobie jako studium psychologiczne, jako obraz piekielnie trudnych relacji między matką a córką (tfu! ja o tym czytałem?!). Dodatkowo dostajemy w pakiecie pozbawiony taniej idealizacji wyimek z życia stanowiska archeologicznego, galerię wiarygodnych postaci drugoplanowych, haust egzotyki, szczyptę magii.

Skończywszy czytać, mogłem spokojnie spać w ciemnym pokoju lub iść zrobić siusiu do łazienki. Ale w samej łazience światło już sobie zapaliłem.

2 komentarze:

  1. "Studium psychologiczne", "trudne relacje między matką a córką" :-( To zaznaczam, że już nie muszę czytać. A chciałam. Ta "szczypta magii" nadal kusi. Ostatnią rzeczą, która mnie nie tyle przeraziła, co obrzydziła było opowiadanie Kinga "Szkoła przetrwania". A tak naprawdę to bałam się przy horrorze w wieku chyba 11 lat (coś Mastertona). Narobiłyśmy z koleżanką takiego pisku, że jej Mama zabrała nam książkę i taki finał. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, może trochę przesadziłem z tą psychologizacją, ale ten wątek istnieje. Są te rozgrywki na linii matka-córka. Mnie męczą i nużą takie historie, ale widocznie ma to jakoś wzbogacić przestrzeń książki. Jednak ta akurat warstwa nie przesłania sobą innych, atrakcyjniejszych partii.

      pzdr

      Usuń