sobota, 30 listopada 2013

Rebusy dla zaawansowanych, czyli "Moja jest ta ziemia" Buliżańskiej

To chyba Josif Brodski powiedział (poprawcie mnie, jeśli się mylę), że poeci czytają innych poetów, by sprawdzić, jakie wiersze zostały już wcześniej napisane. Idąc tropem tego rozumowania, możemy założyć, że najwierniejsi czytelnicy poezji rekrutują się spośród samych poetów – tych wierzących i praktykujących lub tylko tych wierzących w siłę i sens poezji.
Dlaczego o tym piszę? Szukając recenzji, omówień lub drobnych szkiców krytycznych traktując o debiutanckim tomiku Martyny Buliżańskiej pt. „Moja jest ta ziemia”, trafić można na gęsto plecioną tkaninę metafor, porównań i różnych konceptów, mających potencjalnym czytelnikom przybliżyć tę książkę.
A więc poezja tłumaczy poezję! – olśniło mnie, gdy zdałem sobie sprawę, że autorami piszącymi o wierszach młodej autorki są sami poeci. Nazwiska znane, rozpoznawalne, umocowane w środowisku – proszę sprawdzić. Jednak to odkrycie nie należało do najprzyjemniejszych, gdyż zbyt silne nasycenia omówień poezji poezją właśnie uniemożliwia czytelnikowi rzetelne rozpoznanie terenu, po którym chce go oprowadzić autorka książki.
Gdybym sam chciał ulec pokusie, jakiej ulegli opisani przeze mnie recenzenci, mógłbym uruchomić całkiem sporą liczbę obrazów mogących przybliżyć nas do tego, czym ten tomik jest lub być może. Posłużę się więc metaforą stołu – dużego starego kuchennego stołu, którego blat pokrywa mapa wyżłobień, rys, plam i szczerb; dowód ciągłego uporczywego użytkowania.  Wpatrując się w tę płaszczyznę, mamy za zadanie odczytać zaszyfrowane w niej historie rodziny, która przy nim jadła. Taka metafora. Być może zgrabna, ale czytelnikowi poezji nie oferuje nic oprócz samej siebie. Tak jest niestety z większością omówień współczesnej liryki.
Jednak czy można inaczej, skoro gros wierszy Buliżańskiej jak ognia unika czegoś tak naturalnego jak temat – jednego z podstawowych wyznaczników tego, co nazywamy literaturą? Nie wiem, jak odpowiedziałbym na pytanie: „O czym są te wiersze?” Trzeba bowiem naprawdę silnej woli, by dotrzeć do tlących lub żarzących się w nich uczuć, nastrojów, emocji ilustrowanych seriami rozrzuconych obrazów. Teksty wzbogacają  nazwiska, ich prawdziwy kalejdoskop (Edgar Allan Poe, Twiggy, Maria Magdalena, Jane Fonda) raczej jednak dezorientuje odbiorcę niż dobudowuje kolejne piętra znaczeń. Ta poezja mówi sporo, ale nie mamy najmniejszej pewności, czy właściwie odczytaliśmy jej sensy.


Jasne, można dostrzec pewne walory debiutu Buliżańskiej – kraina, której fantasmagoryczną geografię gdzieś tam być może wypatrzymy, buzuje od rodzinnych mitów. Prywatnych rytuałów służących inicjacji w kulturę, religię, społeczność. Język tej poezji błyskawicznie skraca odległości między słowami, co raz służy wierszom, innym razem zamienia je w rebusy dla zaawansowanych. 
Być może książka ta znajdzie swoich czytelników. Być może powie coś komuś o czymś istotnym. Tymczasem jednak wiersze Buliżańskiej traktować należy jako wypisy z miejsc tak prywatnych i tak wewnętrznych, że odbiorca może poczuć się nieproszonym gościem w miejscu, które opisuje autorka. „Moja jest ta ziemia” – mówi jakoś tak samozwańczo tytuł jej debiutu. Niestety, tylko Twoja, chciałoby się dodać…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz