sobota, 9 listopada 2013

Tylko on jeden mądry, czyli "Sława i fortuna. Listy Stanisława Lema do Michaela Kandla"

Zanim do samej recenzji przejdziecie i będzie chciało się Wam taką połać tekstu czytać, dwie kwestie:
- już nigdy nie sięgnę po książkę, która pokaże mi prywatne oblicze lubianego przeze mnie pisarza,
- gdy chodziłem do podstawówki i wracałem ze szkoły, mówiąc: "Mama! Ale ten Adam to głupek! Wiesz, co on dziś na lekcji powiedział?", moja Mama odpowiadała zawsze: "Tak, wszyscy są głupi, tylko ty jeden mądry."

Podtytuł, jakim opatrzono tom listów pisanych przez Stanisława Lema do jego amerykańskiego tłumacza Michaela Kandla, brzmi „Pisarz w krainie drapieżców.” Początkowo dałem się zwieść dość sugestywnej opozycji, jaką zarysowały tak dobrane słowa. Ustawia ona bowiem Lema i środowisko, w jakim przyszło mu wieść zawodowe życie, na wrogich względem siebie pozycjach.
W takim układzie literata skłonni jesteśmy widzieć jako istotę słabszą, delikatniejszą i nieświadomą zagrożeń, jakie czyhają nań w dżungli porastającej teren na styku pisarstwa i rynku książki. Kim zaś są drapieżcy? Bezlitośni krytycy, bezinteresownie złośliwi recenzenci, zawistni koledzy po piórze, niekompetentni tłumacze, wydawcy-oszuści, głusi i ślepi czytelnicy. No bo któżby inny?
Jednak szybko przekonujemy się, że Lem dzielnie broni swoich pozycji, daje odpór, atakuje, z rzadka tylko biernie przygląda się temu, co spotyka jego twórczość. Jest żarliwym recenzentem recenzji własnych książek. Na pewno nie jest ofiarą, a to wyraźnie pokazują listy z lat 70. Lata te wydają się być dla Lema czasem prawdziwej prosperity. Autor staje się popularny (czasem czytamy o dość egzotycznych owocach tejże popularności), szanowany, rozpoznawalny. Jego książki docierają do coraz szerszego grona odbiorców zarówno w Polsce, jak i za granicą. Ścieżki zostają przetarte i Lem zamienia się w eksportowy towar numer jeden polskiej literatury. Podkreślmy – polskiej literatury, a nie polskiej literatury science fiction. To dość ważne rozróżnienie, gdyż wyżej opisana sytuacja tylko pozornie pisarzowi odpowiada. Lema chyba można porównać do silnego i pełnego wigoru szczupaka, dla którego wody jeziora, w jakich przyszło mu żyć, powoli stają się zbyt ciasne. Tak jak zbyt ciasny dla Lema powoli stawał się gatunek, w którym doskonale zrealizował się jako pisarz i teoretyk.
Lem chyba zbyt optymistycznie założył, że czytelnicy, którzy poznali go za sprawą utworów w stylu „Niezwyciężonego” lub „Solaris,” dadzą się poprowadzić dalej. Pozwolą pokazać sobie świat mądrzejszy, pełniejszy, intelektualnie stymulujący jak przystało na prozę spekulatywną najwyższych lotów, a taką właśnie chciał oferować Lem. Jednak ku jego rozczarowaniu czytelnicy kochali go za to, kim był i kim jest, a nie za to, kim może się stać i gdzie może ich poprowadzić. Ta bolesna dla autora świadomość rozwijała się niemal równolegle z rosnącym znaczeniem pisarza jako jednego z ważniejszych twórców science fiction. Gatunku, wobec którego zaczynał nabierać coraz większych podejrzeń, by w końcu radykalnie odciąć się od wszystkiego, co kojarzyło się z fantastyką naukową, a w międzyczasie zrazić do siebie niemal całe środowisko, które wcześniej witało go z otwartymi ramionami. Ostre, mało precyzyjne i najczęściej niesprawiedliwie uogólniające zarzuty kieruje pod wiadomy adres – Od kilkudziesięciu lat w dziedzinie SF w US sprzedaje się gówno jako ambrozję i nektar bogów pisze w jedynym z listów do amerykańskiego tłumacza. To wyjątkowo czytelne świadectwo tego, co Lem sądził o mateczniku literatury fantastycznonaukowej, a czemu dawał bardziej dżentelmeński wyraz chociażby w „Fantastyce i futurologii.”
Drażnić niestety może nieznośnie mentorski ton. Teoretycznie któż jak nie Lem ma prawo oceniać i hierarchizować dokonania gatunku, w jakim przyszło mu tworzyć.  Jednak w kilku przypadkach pisarz po prostu boleśnie uogólnia i upraszcza. Bezinteresownie szafuje inwektywami w imię tego, czym powinna być „prawdziwa” fantastyka naukowa. Tak czytając Lema, łatwo niezależność intelektualną pomylić ze zwykłym zarozumialstwem, a przekonanie o własnej wartości z brakiem pokory.
700 stron listów najlepiej chyba czytać właśnie pod tym kątem – jako zapis nabrzmiewającego rozczarowania, irytacji, znudzenia gatunkiem, który przyniósł Lemowi sławę. W cenie biletu dostajemy również wartościowe pogłębione analizy własnej twórczości. Bezcenne wręcz dla wielbicieli Lema rozważania o naturze pisania, o miejscu Gombrowicza, Kafki czy Dostojewskiego w prywatnym kosmosie czytelniczym. Znajdziemy inspiracje i irytacje.
Z drugiej strony korespondencja ta, to raport z walki o jak najwierniejsze „przełożenie” Lema na inne języki. Jak oddać wybujałość, humor, igraszki słowotwórcze i wielopiętrowość znaczeń, zdawać by się mogło nieprzekładalnych? Jak nie zgubić niczego po drodze przenosząc w inny klimat dzieła tak głęboko zakorzenione w polszczyźnie jak chociażby „Cyberiada”? Tego typu rozważania i wątpliwości przyjdzie nam śledzić na przestrzeni dziesiątek stron. Tłumacz cierpliwie wczytuje się w drobiazgowe instrukcje, a my razem z nim czujemy, jak przemawia do nas mędrzec, niemal poeta doctus, człowiek obdarzony kapitalnym wyczuciem słowa, któremu zależy na jak najwierniejszym, nieskażonym przekładzie.
Smutna to książka. Gdyby potraktować ją jako powieść epistolarną (a przecież Lem eksperymenty literackie uprawiał, czego dowodem jest choćby zbiór recenzji nienapisanych książek pt. „Doskonała próżnia”), to jej bohater będzie głęboko nieszczęśliwą postacią. Owszem, uśmiechnęła się do niego Fortuna, obdarzyła go Sławą, ale bohater szybko w uśmiechu tym ujrzał tylko ironiczny grymas.

3 komentarze:

  1. A czytałeś "Awantury na tle powszechnego ciążenia"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie i nie zamierzam. Nie lubię książek odsłaniających prywatne życie pisarzy. Taka skaza...

      Usuń
    2. I nie czytaj. Znielubiłam Lema po tej lekturze - nie jego książki oczywiście, tylko osobę...

      Usuń