czwartek, 6 lutego 2014

Niedotarty tandem, czyli "Obszar nieciągłości" Krzepkowskiego i Wójcika

Zdecydowanie łatwiej jest napisać, czego nie ma w powieści „Obszar nieciągłości”, niż wymienić, z czego swoją fabułę utkali Andrzej Krzepkowski i Andrzej Wójcik.

A więc mamy daleką przyszłość (za 900 lat jak dobrze pójdzie mogą nas spotkać opisane przypadki), mamy ludzkość podzieloną na wrogie obozy, a wewnątrz jednego z obozów podział na Przeciętnych (tam bym się doskonale odnalazł) oraz Nadmózgowców (potomków absolwentów klas mat-fiz). 

Na Księżycu od setek lat istnieje baza, w czeluściach której automaty modyfikują genetycznie setki zahibernowanych wcześniej ludzi. Modyfikują, by znaleźć ludzki Ideał (cokolwiek to oznacza, bo autorom tej powieści nie udało się wprost i czytelnie wytłumaczyć tego dość ważnego motywu książki). 

W Instytucie odpowiedzialnym za prawidłowy przebieg wyżej wymienionego Eksperymentu główny Nadmózgowiec pada ofiarą molestowania przez UFO, które siłą mu świadomość penetruje.

Tymczasem na Ziemię trafia z księżycowego laboratorium Ideał, którym okazuje się być zamrożony onegdaj młody poeta-idealista (nomen omen). Rzecz jasna dziwi się nieludzkiemu światu, w jakim został obudzony, a sami autorzy „Obszaru nieciągłości” za sprawą tego bohatera grają nam doskonale rozpoznawalną melodię: gość z „innego świata” ze zdumieniem obserwuje „ten świat” i z obserwacji wyciąga dalece niepokojące wnioski. 

No, po prostu nie podobają mu się otumanieni bezradnością ludzie, automaty wykonujące za nich  najdrobniejsze czynności oraz fatalne warunki mieszkaniowe. Dodajmy do tej mieszanki słabo umocowany wątek miłosny kobiety „stąd” i mężczyzny „stamtąd”, okraśmy rozważaniami o naturze wolności, a okaże się, że z tych klocków można ułożyć powieść dosłownie o wszystkim.

I to chyba mój najpoważniejszy zarzut, jaki można skierować przeciwko tej historii. „Obszar nieciągłości” nie wie do końca, czym chce być. Romansem? Fantastyką socjologiczną? Dystopią? Metaforą PRL-owskich realiów i standardów życia społecznego? Ostrzeżeniem przed ingerencją człowieka w naturę człowieka? Głosem wołającego na (zimnowojennej) puszczy? Nie wiem. Być może powieści s-f nie powinny pisać „niedotarte” tandemy autorskie?


Na domiar złego powieść czyta się z trudem za sprawą języka – zdania wielo-wielokrotnie poskładane, barokowe niemal w nadmiarze rzeczowników i przymiotników, skutecznie spowalniają uwagę czytelnika. Dekoncentrują go. Wzrok nam grzęźnie w rozbudowanych akapitach, w wylewnych opisach stanów świadomości bohaterów… 

O dziwo! Opisy te nie budują rzetelnej wizji świata przyszłości – odwrotnie. Wciąż miałem wrażenie, że czytam o mieszkańcach dajmy na to Elbląga lub innego Tarnobrzegu, pierwszego lepszego PRL-owskiego miasta.

Cóż, gdy się decyduje na podróż tandemem, trzeba mieć pewność, że obaj pedałujący chcą jechać w jedną stronę. Panom Andrzejom najwidoczniej tej pewności zabrakło…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz