środa, 26 lutego 2014

Przegadana apokalipsa, czyli "Łabędzi śpiew" McCammona

Swego czasu Robert McCammon otrzymał ode mnie potężny kredyt zaufania. Jego „Magiczne lata” były powieścią, która czaruje, wzrusza, straszy, a także w nienachalny sposób zmusza do refleksji. Niemająca w sumie słabych punktów książka obiecywała prawdziwe czytelnicze eldorado każdemu, kto zetknie się z innymi tekstami amerykańskiego autora. Jednak napisany wcześniej „Łabędzi śpiew”, monumentalny, rozlewny postapokaliptyczny rys, nieco ochłodził mój bezkrytyczny dotąd zachwyt prozą McCammona i zmusił do napisania poniższej recenzji. 
Powieść wydana w 1987 roku zapewne narodziła się jako posępny owoc zimnowojennego napięcia, które w latach 80. osiągnęło swoje apogeum. Być może wizja wiszącego nad światem atomowego miecza Damoklesa natchnęła autora, by ukazać zmiażdżone atomowymi pięściami USA. Na tym odmalowanym z naturalistycznym zacięciem tle pisarz rozmieszcza swoich bohaterów, którzy na przestrzeni około 900 stron poruszają się ku mniej lub bardziej mglistym celom. Śledzimy ich wędrówkę – wpierw ucieczkę z atomowych pogorzelisk, a potem próby odszukania innych ocaleńców, którym wojna nie odebrała resztek zdrowia psychicznego i człowieczeństwa.
Bohaterowie, piszę o tym z żalem, są najsłabszym ogniwem tej dwutomowej opowieści – stanowią zbiór typów boleśnie przewidywalnych, ogranych na wszystkie możliwe sposoby w czeluściach kultury popularnej. Olbrzym o gołębim sercu, mundurowy o faszystowskich ciągotach, chłopak, który odkrywa w sobie sadystyczne skłonności, niezwykła eteryczna dziewczyna objawiająca nadnaturalne moce… Tak szablonowe postacie przenoszą nam siłą rzeczy „Łabędzi śpiew” w przestrzenie moralitetu, którego finał chcąc nie chcąc musi być optymistyczny, wymowa jednoznaczna, zło potępione a dobro premiowane.
Dodatkowo drażnić może fakt, że autor nie do końca mógł zdecydować się, na którym weselu chce tańczyć. Z jednej strony czytamy mrożący krew w żyłach dokument o dniach, miesiącach i latach atomowej zimy. Z realistyczną precyzją, wyczuciem słowa i szczegółu McCammon odmalowuje mroczny a przede wszystkim niepokojąco wiarygodny zmiażdżony świat. Powieść ta miała więc szansę stać się klasykiem literatury science fiction. Jednak nie dzieje się tak, gdyż regularnie amerykański autor wprowadza elementy horroru i magii. Pojawia się demon, który prześladuje jedną z głównych bohaterek. Pobłyskuje magiczny pierścień niosący nadzieję ocalonym. Mnożą się wizje, przeczucia, sny…
Cała ta menażeria rodem z najogólniej rozumianej literatury fantastycznej zdaje się sugerować, że autor nie wierzył, by obraz kraju w stanie przedagonalnym był wystarczająco silny. Te nadnaturalne nuty brzmią fałszywie; to obce elementy na siłę wszczepione w całość, która doskonale broni się bez nich. 
Dodajmy do najbardziej irytujący szczegół... Gadulstwo. Ten sam grzech popełnia wielokrotnie S. King, któremu się wydaje, że im więcej bohaterowie mówią o sobie, swoich uczuciach, problemach, wywalają emocjonalne bebechy, tym bardziej wiarygodni bywają psychologicznie. Zagadam czytelników, a wtedy uwierzą w postacie, które stworzyłeś - tak chyba myślał McCammon i skutecznie zanieczyścił powieść dialogami o niczym lub mnożonymi z uporem maniaka opisami zdewastowanych miast i prowincji. To niewiarygodne, że trzeba było niemal tysiąca stron, by poprowadzić "Łabędzi śpiew" w kierunku, który obrał autor. Nie-do-wybaczenia jest to gawędziarstwo, gdy proponuje się w sumie prostą linearną fabułę.

Gdyby "Łabędzi śpiew" był lekturą szkolną

Sumując, nie jest to powieść zła. McCammon doskonale włada piórem i poszczególne epizody pulsują od napięcia. Następujące po sobie sceny błyskawicznie przykuwają uwagę czytelnika. Każą mu wypatrywać ciągu dalszego, jednocześnie trzymając w drażniącej niepewności. Epicki rozmach książki pozwala zatopić się na dobre w nieprzyjaznym świecie przedstawionym. Rozwiązania fabularne raz zaskakują, innym razem są przyjemnie przewidywalne. 
Autor stworzył więc doskonałą powieść (bardzo)głównego nurtu, która straszy, paraliżuje momentami postapokaliptyczną wizją, ale również daje się w niej znaleźć ducha wielkiej przygody, obraz bohaterskich starań, by na przekór wszystkiemu na nowo zbudować zniszczoną rzeczywistość. Szybko przyzwyczajamy się do bohaterów, z czasem przestaje nam przeszkadzać ich jednowymiarowość, a zaczynamy widzieć w nich uniwersalne wzory postaw ludzi wobec zła – heroizm i podłość, nadzieja i rozpacz, miłosierdzie i okrucieństwo… Nosicielami tych wartości są bohaterowie „Łabędziego śpiewu.”
Podsumowując, fani prozy spod znaku „postapo” wgryzą się do samej kości w tę mięsistą prozę. Nie zawiodą się, szukając grozy i zniszczenia. Amatorzy bardziej wysublimowanych przyjemności muszą przymknąć oczy na pewne stereotypowe rozstrzygnięcia i fabularne elementy, a książka i im dostarczy sporo czytelniczej satysfakcji.

4 komentarze:

  1. Trochę się nie zgodzę - fani post-apo też mogą mieć z tym problem, bo McCammon sam nie wiedział, czy iść w stronę baśni, w stronę fantasy, czy w stronę post-apo. I się zawiesił w próżni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się z Tobą zgodzę - ten rozkrok, niemal szpagat, w jakim stanął McCammon, jest bolesny dla widzów. Trochę złagodziłem moją opinię, bo nie chce się wymazać z mojej pamięci miłe wspomnienie "Magicznych lat."

      Z drugiej jeszcze strony, to sam wiesz, że fani postapo są różni. Jednym wystarczy rozpierducha w dekoracjach, a reszta jest bez znaczenia. Ci mogą tę książkę polubić. Innym trzeba czegoś na serio. Jednorodnego.

      pzdr

      Usuń
  2. O, do licha, szkoda. Też liczyłam na sporo, bo świeżo jestem po lekturze "Magicznych lat" i chciałam za ciosem zakupić "Łabędzi śpiew". Ale przystopowałam teraz trochę swoje zapędy.

    OdpowiedzUsuń
  3. No właśnie - do licha, bo to kicha! Prawie 1000 stron opowieści, którą można zmieścić w jednym tomie. Pozbyć się mielizn, dłużyzn etc. Nie polecam. Serio. Jakby to była książka, co ma 300 stron, to nie ma bólu, bo szybko skończysz czytać i weźmiesz coś lepszego. A tu 1000 stron niemal... Uważaj.

    pzdr

    OdpowiedzUsuń