wtorek, 1 lipca 2014

Gdy brakuje zasobów wewnętrznych, czyli "Podniebna krucjata" Andersona

Swego czasu Jacek Dukaj ogłosił swoisty manifest, w którym wyłuszczył precyzyjnie (aczkolwiek arbitralnie) swój podgląd na temat preferowanych gabarytów czytanych książek: „Lubię powieści. Lubię powieści z prawdziwego zdarzenia - długie, rozlane szeroko na setkach stron, z epickim oddechem, wciągające tak, że człowiek zupełnie się w lekturze zatraca i wraca do niej, wieczór za wieczorem, zapadając w fikcyjny świat fikcyjnych postaci na godziny i godziny, smakując maestrię konstrukcji fabularnych na równi z maestrią języka.”

Prześwietliwszy pod tym kątem własne upodobanie lekturowe, z pełną odpowiedzialnością muszę stwierdzić, że nie lubię powieści z prawdziwego zdarzenia. Nie znoszę ciężaru setek stron papierowych światów przedstawionych wypchanych po brzegi detalami, bohaterami pierwszo/drugo/trzecioplanowymi, epizodami. Nie znoszę tych szerokich epickich pastwisk, na których autorzy rozpuszczają całą wymyśloną przez siebie czeredę postaci.

Moja wyobraźnia szybko się męczy, gdy musi „zobaczyć” zbyt gęsto plecione opisy, poradzić sobie z natłokiem rekwizytów, nazw własnych, miejsc. Pamięć zaś nie przywiązuje się do personaliów. 

Nie, obszerne konstrukcje fabularne w połączeniu z maestrią języka, są dla mnie synonimem narastającej ze strony na stronę nudy. Wybaczcie, że zrobię wyjątek zaledwie dla kilku wielkich powieści z XIX wieku i, żeby być sprawiedliwym, kilku innych z czasów nam bliższych. A cała reszta? Hmmm… Jakby to napisał wielki amerykański poeta John Berryman: „Być może brak mi Zasobów Wewnętrznych.”



Dlatego z niekłamanym zadowoleniem ocierającym się o entuzjazm czytałem zaledwie dwustustronicową opowieść Poula Andersona pt. „Podniebna krucjata.” Historię poprowadzoną wręcz wzorcowo – od błyskawicznej ekspozycji, gdzie poznajemy głównych bohaterów powieści, poprzez galopujące wydarzenia będące owocami ich wariackich decyzji – wszystko porusza się płynnym ruchem od punktu A do punktu Z. Akcja nie zatrzymuje się ani przez chwilę. Uwodzi szybkim nurtem. Nie zadaje zbędnych z punktu widzenia fabuły pytań. Nie zanieczyszcza przejrzystej narracji setkami spowalniających obrazów, detali, medytacji. Retardacji nie stwierdzam. 

Ktoś obdarzony cięższym piórem zamieniłby tę historie w opasłą księgę, z którego wyparowałaby cała frajda, jaką daje łobuzerski wręcz pomysł Andersona. Odwraca on bowiem typowy dla s-f motyw – kontakt wrogo nastawionych kosmitów z (pozornie) nie mającymi żadnych szans w tej konfrontacji Ziemianami. Jednostka bojowa obcej cywilizacji szukająca kolejnych światów do zagospodarowania, trafia w sam środek średniowiecznej Europy, do Anglii, której rycerstwo ostrzy sobie właśnie miecze, by skrzyżować je ze znienawidzonymi żabojadami. 

Na skutek całego szeregu przedziwnych zrządzeń losu oraz determinacji bohaterów, których napędza bezbrzeżna ambicja i odwaga, to Ziemianie przejmują inicjatywę, lądują na planecie swoich potencjalnych władców i, cóż, zaczyna się prawdziwa jesień średniowiecza. Krew się leje, a miecze szczerbią na karkach obcych obezwładnionych bezczelnością ludzi. A to dopiero początek tej historii, która wcale nie zmierza w oczywistym kierunku…

Anderson okrasza „Podniebną krucjatę” kilkoma nieoczekiwanymi przebłyskami komizmu; przezabawnie wyglądają chociażby próby zaszczepienia w przybyszach dogmatów chrześcijaństwa. 

- Masz duszę czy nie masz? – pyta zniecierpliwiony zakonnik.
- Nie wiem – odpowiada z rozbrajającą szczerością Obcy. 

Ja natomiast wiem jedno – książeczka mimo skromnych gabarytów daje nieoczekiwanie dużo satysfakcji. Bohaterowie są plastyczni, a ich poczynania doskonale wpisują się w mentalność ukształtowaną w Wiekach Średnich. Brawura, bezczelność, szaleńcza odwaga początkowo uzbrojonych tylko w miecze i łuki napawają nas, Ziemian, optymizmem.

Być może w starciu z przeważającymi siłami obcych cywilizacji wystarczą nam płyty chodnikowe i płonące opony?

2 komentarze: