środa, 30 lipca 2014

Kosmos to nuda, czyli "Cicha wojna" McAuleya

W dzisiejszych czasach, w świecie, w którym „wszystko już było”, gatunkowość, o której mówimy przy okazji jakiejkolwiek z dziedzin sztuki, przestaje być czymś jednoznacznym. Wyczerpanie formuły „klasycznej komedii”, „klasycznego horroru” lub „klasycznego melodramatu” owocuje śmiałymi (choć nie zawsze udanymi) projektami polegającymi na mieszaniu wszystkiego z wszystkim. A im silniejsze opozycje pożenimy w jednym dziele, tym zyskać może ono chociażby pozory oryginalności.

Zdarza się, że szukając „starej dobrej fantastyki naukowej” trafiamy na dzieła zaprawione elementami wywodzącymi się z innych gatunków szeroko rozumianej fantastyki. Toteż na statkach podbijających kolejne planety podróżują elfy, wehikuły czasu obsługują mrukliwe krasnoludy, a w cyberpunkowej rzeczywistości znajdziemy rozgadane smoki. Miłośnicy czystości gatunkowej z ulgą czytają więc takie książki jak „Cicha wojna” McAuleya, który jako pisarz konsekwentnie broni granic wytyczonych niegdyś przez tradycyjnie rozumianą science fiction.

Ziemia w XXIII wieku będzie areną tytanicznych zmagań o przywrócenie jej naturalnego przedindustrialnego kształtu. Światem de facto rządzi kilka potężnych rodzin, które mają decydujący głos w dyskusji o przyszłości planety. Ludzkość została zmuszona do niemal niewolniczej pracy na rzecz rewitalizacji Matki Ziemi, a głęboka ekologia nabrała religijnego kształtu.  

W przestrzeni kosmicznej jest równie ciekawie; księżyce Saturna i Jowisza – drugi odłam ludzkości – tętnią genetycznie modyfikowanym życiem i stają się konkurencją dla odzyskujących siły Ziemian. Rządząc się zupełnie innymi zasadami społecznymi, wyznając odmienne wartości, wkrótce mogą w naturalny sposób dążyć do konfrontacji z Ziemią. Wojna, mogąca zniszczyć kruchy pokój, wisi w powietrzu…

Atrakcyjnym zabiegiem jest rozmnożenie punktów widzenia – mając do dyspozycji kilku bohaterów i kilka perspektyw prowadzenia narracji w pełni smakujemy rzeczywistości, jaką raczy nas McAuley. To wyjątkowo gęsta proza. Szczelnie wypełniają ją nazwiska postaci, opisy ich profesji, detale życiorysów, nie wspominając już o tak oczywistym składniku opowieści fantastycznonaukowych jak detale świata przyszłości.


Autor mnoży szczegóły, które raz budują  atmosferę, innym razem, niestety, spowalniają akcję i na zbyt długo przyklejają czytelnika do jednego epizodu. Zbyt często niestety zdarza się, że dowiadujemy się więcej niż byśmy tego chcieli i niż byłoby to konieczne do poprowadzenia powieści dalej. 

Umordowałem się piekielnie, czytając „Cichą wojnę”, wynudziłem na potęgę. Ja rozumiem – space opera wymaga rzetelnego zarysowania przestrzeni, ale  ponad pięćset stron wstępu może sfrustrować sporą część czytelników… Dlatego też nie polecam „Cichej wojny” nikomu, kto zbyt szybko traci cierpliwość w obliczu sukcesywnie ale niezwykle powoli budowanej narracji. 

Może całość rozwinie się w drugim tomie cyklu, w "Ogrodach słońca." Ja jednak sprawdzać tego nie zamierzam...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz