środa, 9 lipca 2014

Drzewa zabijają stojąc, czyli "Cieplarnia" Aldissa

Klasyk literatury s-f, który skutecznie utwierdza moją szczerą platoniczną niechęć do roślin jako takich. Florę toleruję na zewnątrz - trawniki, parki, lasy, rezerwaty, łąki, puszcze, dżungle i ogrody - tam jest moim zdaniem miejsce roślin. Dom moich marzeń jest strefą PLANT FREE. Kąty proste, szkło, drewno, metal. Minimalistycznie i futurystycznie.

Kiedy z przeróżnych okazji dostaję kwiaty (zakończenie roku szkolonego, Walentynki, Dzień Ojca, bukiety od zabłąkanych wielbicieli), nie widzę wysublimowanych linii wijących się roślin, nie czuję odurzającego zapachu, nie napawam się kształtem kielichów i pręcików – dla mnie to więdnący symbol wyrzuconych na kompost pieniędzy.

Podejrzewam, że Brian Aldiss pisząc w roku 1962 "Cieplarnię" musiał pielęgnować w sobie choćby minimalną, homeopatyczną ilość podobnych uczuć.



Z całą pewnością jest to jedna z najbardziej ponurych wizji przyszłości świata, z jaką przyszło mi obcować. Mroczna, mimo że jej partyturę rozpisano na szmaragdowym papierze - wybaczcie pompatyczną metaforę.

Sytuacja wyjściowa? Proszę bardzo: Słońce zatrzymało się w swoim biegu, mijają kolejne stulecia, ludzie powoli przestają  być dominującym gatunkiem na Ziemi. Rośliny przeżywają swój renesans, opanowując całą nasłonecznioną stronę planety, tworząc przedziwny, krwiożerczy, drapieżny, przesycony grozą, dyszący żądzą zabijania ekosystem. Jak łatwo się domyślić, człowiek egzystuje w tym świecie na samym początku łańcucha pokarmowego. Jako istota jest półdebilem, którego jedynym przeznaczeniem jest spłodzić potomstwo zanim zostanie się zjedzonym w mniej lub bardziej malowniczy sposób.

Nawiasem mówiąc, początek powieści, gdy Aldiss zasypuje nas niemal encyklopedycznymi opisami nowych gatunków, jakie wyewoluowały krzyżując w sobie cechy zwierzęce i roślinne, jest znakomity. Wyobraźnia bezgraniczna, pachnie „naukowością” w stylu charakterystycznym dla s-f i brzmi autentycznie groźnie. Nikt z Was nie chciałby spotkać na swojej drodze osicy, wargokapa, małżożuja lub glistogluta… (Chwała tłumaczowi, Markowi Marszałowi, za ponazywanie w języku Lecha Wałęsy i Czesława Miłosza tych wszystkich okropieństw)

Toteż początek historii wygląda jak klasyczny survival horror, gdzie na bohaterów wędrujących po sięgającej horyzontu dżungli czekają kolejne i kolejne zagrożenia. Jest mocno, sugestywnie. Nerwowo patrzymy przez okno, czy aby na pewno drzewo sąsiada nie…

Z czasem Aldiss wyłuskuje z grupy pozbawionych cech indywidualnych postaci głównego bohatera, daje mu towarzystwo zaiste przedziwne – kobietę (ok., to może dziwne jakoś nie jest)oraz… ultrainteligentnego grzyba, który zaczyna pasożytować na mało rozgarniętych ludziach.

Osią fabuły autor uczynił wędrówkę. Drogę poprzez przeróżne okropieństwa, wynaturzenia, groteskowe aberracje, jakie Matka Natura zgotowała swoim niechcianym już gościom – gatunkowi homo sapiens. Jest coś „Darwińskiego” w tej w sumie dość okrutnej, ale niekończącej się jednoznacznie źle, powieści. I nie ma chyba większego sensu udowadniać dłużej, że warto wejść do „Cieplarni” – książka broni się znakomicie nawet po upływie ponad 50 lat od jej wydania. 

Taki już los klasyków.  

6 komentarzy:

  1. Czytało mi się chyba równie dobrze jak Tobie (i żałuję, że czytałam przed erą blogową), ale mój stosunek do roślin jest zgoła inny. Flora jest przepiękna!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że ktoś tu jeszcze takie zacne klasyki zna.

      dzięki za uparte komentowanie moich wynurzeń.

      Usuń
    2. Zna, bo swoje lata ma i kiedyś takie rzeczy się czytało. I już. Komentuję, bo mi się podoba, co piszesz i czasem ciekawe rzeczy dla siebie do czytania wydłubuję. Więc wynurzaj się dalej. :)

      Usuń
  2. Inteligentny grzyb mnie urzekł, mój ulubiony groteskowo-naukowy klimat, trafia jako kolejna pozycja do kolejki.

    OdpowiedzUsuń
  3. Książkę czytałem wiele lat temu.
    Zachwycałem się.

    Polecam jeszcze "Non stop" tegoż autora. Ach te czasy młodości ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Non stop" czeka, czeka. Podobnie jak "Helikonia."

      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń