wtorek, 18 listopada 2014

Pierwsze rozdanie, czyli "Dzikie karty" pod red. Martina

Jest taka odnoga historii, jest taki jej boczny tor, na który wjechały dzieje (wszech)świata, by zamienić się w uniwersum Dzikich kart – gargantuicznych rozmiarów projekt, nad którym czuwał George R. R. Martin. Zebrał on zacne grono autorów, którzy pisząc kolejne opowiadania, dobudowywali piętra tej imponującej budowli, poszerzali ją, mnożyli korytarze, pokoje i tajemne przejścia pomiędzy nimi.

Kamieniem węgielnym całego zbioru opowieści jest pomysł rodem z arsenału pulpowej odmiany science fiction. Wirus pochodzący z obcej planety, mający zdolność modyfikowania kodu genetycznego człowieka, dziesiątkuje populację. Większość jego ofiar umiera, jednak cała zabawa polega na tym, że wirus może również zamienić osobę w karykaturalne monstrum (tzw. dżokera) lub w obdarzonego nadludzkimi mocami asa. W mechanizm działania wirusa wpisana jest przypadkowość, czynnik losowy. Żaden człowiek nie zareaguje identycznie na jego obecność w  organizmie, stąd świat przedstawiony zaludniają całe tabuny przedziwnych istot, nadnaturalnie uzdolnionych mutantów, groteskowych dziwolągów.

Nie wiem, jak inni czytelnicy odbiorą ten opasły zbiór opowiadań różnych autorów, ja jednak, czytając Dzikie karty, czułem zamkniętą w nim olbrzymią tęsknotę za rozwiązaniami obecnymi w  amerykańskiej popkulturze przynajmniej od połowy lat 50, od czasów srebrnej ery komiksów o  superbohaterach, która na wznoszącej fali przyniosła takie tytuły jak X-men lub Fantastyczna Czwórka. Zbeletryzowane przygody tychże postaci brzmiałyby bardzo podobnie do tych opisanych przez twórców spod bandery Dzikich kart.



Bo z czym mamy do czynienia? Z opowieściami o zwykłych ludziach, którzy za sprawą anomalii genetycznych zaczynają mutować. Zmuszeni są do konfrontacji ze swoim nowym ja, muszą jednocześnie mierzyć się z niezrozumieniem otoczenia, które zbyt często reaguje podejrzliwie, a w  najgorszym razie wrogo; zdumiewające moce odsłaniają głęboko skrywane ciągoty do czynienia zła lub dobra. Znamy to? Znamy.

Gra talią takich kart wymaga nie lada mistrzostwa. Uniwersum zaprezentowane przez Martina oraz panujące w tymże świecie reguły nie są przecież żadnym novum dla czytelników poznających dziś Dzikie karty. Wszystko zatem rozbija się o atrakcyjność poszczególnych historii, o styl, o umiejętność opowiadania, o budowanie napięcia lub błyszczenie poczuciem humoru. Dzikie karty odeprą zarzut wtórności wobec takiego medium jak komiks tylko wtedy, gdy opowieści będą korzystały z dobrodziejstw literatury, z bogactwa jej środków wyrazu, a nie zatrzymają się na galopadzie wydarzeń, typowej dla przygód komiksowych superbohaterów.

A jak radzą sobie poszczególni autorzy? Różnie, chciałoby się rzec. Najczęściej opowieści bazują na starych dobrych chwytach wykorzystywanych w literaturze popularnej. Bohaterowie zazębiających się ze sobą opowiadań ścigają pogrobowców Hitlera, wprowadzają amerykańskie standardy demokratyczne w odległych zakątkach Ziemi, korzystają z chwilowej popularności, zanim nie zmiażdży ich bardziej nieludzki od najbardziej zdeformowanych dżokerów świat wielkiej polityki (Świadek Waltera Jona Williamsa). Pojawiają się motywy znane z kryminału noir (Kapitan Katoda i tajemniczy as Michaela Cassutta), z melodramatów (Procedura łamania Melindy M. Snodgrass), z powieści szpiegowskich(Powers Davida D. Levine’a)… Styl tekstów jest poprawny, ale rzadko porywający – wydaje się, że część autorów stara się przy pomocy jak najmniejszej ilości słów zamknąć w jednym opowiadaniu , scharakteryzować bohaterów, naszkicować tło, zawiązać intrygę i poprowadzić ją w kierunku finału.

Sam Martin flirtuje z doskonale znanymi schematami komiksów o superbohaterach. Opisuje nieśmiałego, zakochanego w obrazkowych historiach samotnika, który odkrywszy w sobie moc, decyduje się walczyć z przestępczością. Brzmi znajomo, prawda? I nie jestem pewien, czy pisarz celowo celebruje uświęconą tradycję budowania podobnych narracji, czy też ironicznie komentuje skamieniałe formuły, trzymając się ich w kurczowy sposób.

Tych ponad sześćset stron, kilkanaście opowiadań mniej lub bardziej znanych autorów, powinno usatysfakcjonować fanów akcji i przygody. Teksty na szczęście podbite są również niejednoznacznymi gorzkimi refleksjami o ludzkiej naturze, tolerancji, polityce, a ich wymowa często wymyka się jednoznacznej interpretacji. Ułożone zgodnie z chronologią wydarzeń, jakie miały miejsce po II wojnie światowej, stanowią smaczny komentarz do co bardziej dramatycznych zakrętów dziejowych.

***
Recenzja ukazała się pierwotnie na łamach portalu Fantasta.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz