czwartek, 20 listopada 2014

Przeczytałem, czyli ".byłem" Jaworskiego

W polskiej literaturze mamy kilka silnych, doskonałych przykładów zmagania się poetów z własnym niszczonym przez choroby i leczenie ciałem. A to Miron Białoszewski opisuje nam z ironią i czarnym humorem swoje perypetie na oddziale urologicznym (cykl wierszy „Spotkanie z nożem”), a to Kazimierz Ratoń z całą brutalnością, na jaką stać poetę przeklętego, pluje jadem, opisuje graniczne stany, w jakie wpędziła go między innymi galopująca gruźlica.
Dziś Krzysztof Jaworski, jeden z czołowych przedstawicieli tzw. „pokolenia bruLionu”, lewicujący chuligański autor, mierzy się z doświadczeniem choroby nowotworowej. Tomik „.byłem” jest zwartym skoncentrowanym zbiorem drapieżnych wierszy, które mogą ranić, kaleczyć a nawet obrażać tradycyjnie rozumiane gusta poetyckie. Nie ma w tych tekstach (napisanych przecież na pierwszej linii frontu wojny z rakiem) najmniejszej nawet dawki ckliwości, użalania się nad sobą, wymuszonego przez sytuację patetycznego zestawu gestów.

Jest bolesna niepewność (...powiedz, kochanie,/chcesz się ze mną pierdolić,/czy chcesz się ze mną zestarzeć?), poczucie powolnego znikania w smudze cienia, kryzys wieku średniego (Za moich czasów,/wszystko było inne./Nigdy nie myślałem, że dożyję/moich czasów.). Zdarzają się nawet liryczne podsumowania odległych czasów, gdy Nic nie było zapisane na pendrivach./Wszystko było zapisane w gwiazdach.
Jednak w książce obserwujemy najczęściej szeroki wachlarz zawadiackich gestów, słyszymy warczenie, odszczekiwanie się... Jaworski ani przez moment nie myśli neutralizować tonu, który jest przecież charakterystyczny dla jego poetyki. Wiersze z tomu „.byłem” bazują na nieustannej kontestacji nie samej choroby przecież, ale pewnych form „życia w chorobie.” Arsenał spodziewanych gestów obronnych zastąpiony został więc przez cynizm, gorzką ironię sąsiadującą z nihilizmem. Poczucie bezradności i turpistyczne wręcz dekoracje, w jakich rozgrywają się wiersze, często rozsadza dawka smoliście czarnego humoru.
Te teksty nie niosą pocieszenia. Nie mają wartości terapeutycznej. Heroizmu w nich jak na nomen omen lekarstwo. A z drugiej strony czyż heroiczną nie jest chwila, gdy dekonstruuje się własny ból, strach rozkłada na czynniki pierwsze, by można było sobie z nich dworować, kpić? Być może, o paradoksie, cierpienie uczyć ma dystansu do siebie samego i innych?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz