wtorek, 18 listopada 2014

Sławianie, my lubim horrory, czyli "Szczęśliwa ziemia" Orbitowskiego

Od czasu do czasu lubię obracać w głowie pewną hipotetyczną sytuację - zastanawia mnie, jak wyglądałby polski romantyzm, gdyby nie musiał rozwijać się, kwitnąć i owocować w cieniu zaborów i przegranych powstań narodowych? Czym byłaby ta fascynująca epoka, gdyby Mickiewicz, Słowacki i ich epigoni nie zabazgrolili jej swoimi fantazmatami z mesjanizmem na czele?

Być może (nie wiem, przypuszczam, igram sobie) konkurowałyby w niej dwie potężne tendencje - czytalibyśmy albo o kolejnych malowniczych katastrofach miłosnych, albo drżelibyśmy ze strachu nad opowieściami o duchach, upiorach i diabłach. Być może takie fundamentalne dla polskiego romantyzmu mroczne dzieła jak "Zamek kaniowski" Goszczyńskiego albo "Maria" Malczewskiego stanowiłyby tylko preludium erupcji niesamowitości. Być może zapracowalibyśmy na swojego Lovecrafta? Poego? Kto wie...

Dziś, gdy kończę czytać powieść tak hołubionego autora, jakim jest Orbitowski, nie mogę pomyśleć o niej inaczej niż w kategoriach czarnego romantyzmu właśnie - ignorowanej przez masową świadomość czytelniczą odnogi rzeczonej epoki.

"Szczęśliwa ziemia", podobnie jak przywołane wcześniej dziewiętnastowieczne dzieła, ma u swoich podstaw ideę bliską romantykom - transcendencję włamującą się do naszej rzeczywistości. Jednak w przypadku tej powieści jest ona wroga, grzebie kopytami u podstaw świata, zaburza jego równowagę, by wprowadzić ład oparty na bezlitosnym prawie klątwy; fatum wiszącego zarówno nad jednostkowymi losami bohaterów, jak i historią miasta, w którym zagnieździło się zło.

Orbitowski bierze naprawdę szeroki zamach, otwierając opowieść scenami z otchłani czasu, czyli z przełomu lat 80 i 90 ubiegłego stulecia. Małomiasteczkowa zatęchła atmosfera, skrzętnie katalogowane rekwizyty nieistniejącego już świata, wachlarz momentami groteskowych, momentami boleśnie realistycznych postaci w niezauważalny sposób buduje nam scenę, na której rozegra się dramat - opowieść o grupce młodych przyjaciół, która zapłaciła wyjątkowo wysoką cenę za realizację dość stereotypowych marzeń. No i  jak to w tego typu historiach bywa, Zło wciąż domaga się od ludzi spłaty długu wdzięczności i nie pozwala się od siebie uwolnić.

"Szczęśliwa ziemia" w swoich najlepszych momentach pulsuje pradawnym rytmem opowieści. To magia narracji prowadzi nas wciąż do przodu. Nic nie zatrzymuje nas na dłużej. Pochłaniamy kolejne partie tekstu tak, jakbyśmy słuchali przerażającej legendy, która nie ma czasu na retardacje. Słów, obrazów, bohaterów i wydarzeń jest tyle, ile trzeba.



Czar słabnie, gdy Orbitowski opuszcza przeszłość swoich bohaterów i zaczyna przyglądać się ich "współczesnym" losom. Narracja rozszczepia się. Wędrujemy do Kopenhagi, do Warszawy, Krakowa. Śledzimy kariery i bolesne katastrofy tych, którym wydawało się, że są w stanie uciec przed ścigającą ich klątwą. I o ile warstwa fabularna drugiej części powieści znów jest bez zarzutu, to styl zaczyna być męczący.

Autor zasypuje nas lawiną niczego nie wnoszących do fabuły opisów. Proste zdania oznajmujące składają nam raporty o stanie świata, ale dotykają zaledwie jego naskórka. Zagracają przestrzeń powieści dziesiątkami niepotrzebnych detali. Orbitowski być może chciał nakreślić tło obyczajowe, zilustrować coś, co za chwilę umrze, przekształci się, zrzuci poprzednie wcielenie, ale poświęcił temu tyle miejsca i energii, jakby "Szczęśliwa ziemia" miała być powieścią obyczajową. A taką z pewnością nie jest.

Orbitowski przede wszystkim straszy i robi to w sposób wyrafinowany - raz rzuca bohaterów na pastwę konkretnego nadludzkiego zła, innym razem mnoży zagadkowe szczegóły (kapitalny motyw z uszkodzoną książką, proszę przeczytać), by przeorać serca dojmującą niepewnością. Atmosfera gęstnieje. Mnożą się niewiadome, krzyżują losy tych, którzy też złu w drogę weszli. Przeczucia najgorszego muszą się w końcu spełnić.

I nawet jeżeli nie będziemy czuć zimnych dreszczy wędrujących wzdłuż kręgosłupa, to nastrój książki jest na tyle mroczny i przytłaczający, że silniej za gardło chwyta świadomość braku nadziei i ratunku dla bohaterów niż kolejna manifestacja zła.

Poleca się.

4 komentarze:

  1. E, od razu mesjanizm: mnie "wzięły" Ballady i romanse jeszcze w podstawówce. Nie dlatego, że je "przerabialiśmy", bo to chyba później, ale - bardzo mi przypadł do gustu ich rytm, wydźwięk i niesamowitość. Lilije umiałam prawie całe na pamięć. Czemu do dziś się dziwę, bo nawet listy zakupów nie spamiętam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Lilije" się rymują. Spróbuj porymować zakupy, może coś poradzimy. ;-)

      Usuń
    2. Zakupy robię prozą, ale spróbuję zaimprowizować okolicznościowy rap w warzywniaczku :P

      Usuń
  2. Romantyzm, jak romantyzm, literatura, jak literatura - pytanie, jak wyglądałaby Polska, gdyby nie to nasze historyczne (albo histeryczne) cierpiętnictwo. Niedawno widziałem taki obrazek: jak się obchodzi święta narodowe na świecie i u nas. Na świecie: fajerwerki, uśmiechy na twarzach, radość ogólna, kolorowo. U nas - smutni panowie składają wieniec na grobie. Bo nas przecież historia, przeszłość musi boleć. Nawet, jak wspominamy odzyskanie wolności, to myślimy o nim przez pryzmat tego, że skoro wolność odzyskaliśmy, to wcześniej musieliśmy jej nie mieć. I już jest powód do smutku, wspominania ofiar, rozmyślania o tym, jak to nas zraniono.

    Ale - w sumie nie o tym chciałem... Orbitowskim mnie zainteresowałeś, chętnie sięgnę, jak tylko pojawi się w mojej bibliotece (i o ile mnie nikt nie ubiegnie)... czyli nie wiadomo kiedy. Jakieś dwa lata temu czytałem 'Nadchodzi', zbiór opowiadań. Tam - nomen omen - też było zmaganie się z historią, tą bolesną także (wojną, powojennym mrocznym okresem, kiedy się po lasach odbywało dobijanie 'band'), ale było tak świeże, było też tak mroczne - kawał dobrej literatury. Zimne dreszcze wędrowały.

    OdpowiedzUsuń