sobota, 16 stycznia 2016

Je suis Gałkiewicz

No i mamy aferkę nową. 

Rzecz tyczy się strony na Facebooku "Recenzje z Lubimy Czytać", która to strona wzięła na celownik nieudolne warsztatowo omówienia książek, jakie ukazały się na łamach najpopularniejszego w Polsce portalu czytelniczego. 

Aferka wybuchła, bo działalność strony (anonimowo prowadzonej) podżyrował swoim zainteresowaniem niejaki Wojciech Orliński, który w niejakiej "Gazecie Wyborczej" poszedł tropem szydery z domorosłych krytyków literackich i ową amatorkę jakoś połączył z samym "Lubimy Czytać", któremu chyba imputował psucie dorobku krytyczno-literackiego całych pokoleń poważnych znawców poezji i prozy, tudzież dramatu.

Na to "Lubimy Czytać" wystosowało stosowne oświadczenie, w którym mocno zdystansowało się wobec felietonu Orlińskiego i w elegancki sposób powiedziało mu "Spierdalaj." Na co w sumie zasłużył, bo zaznaczył, że wie, kim jest autor rzeczonej strony, ale nie powie, a ponoć to  "osoba zawodowo związana ze światem recenzencko-literackim." 

Znając realia polskiego światka kultury, założę się, że owa osoba piła ostatnio z Orlińskim wódkę. Chociaż, cóż, mogę się mylić...

Przejdę jednak do meritum, bo wojenki tego typu trwają zaledwie kilka dni, jednak sam problem wydaje się być ciekawy i godny szerszego spojrzenia.

Nie do końca rozumiem bowiem, co jest głównym daniem serwowanym nam przez stronę "Recenzję z Lubimy Czytać". 

Czy mamy śmiać się z niezgrabnych, kalekich, naturszczykowskich, pisanych łokciami refleksji na temat książek?

Czy mamy pękać ze śmiechu na widok "źle rozpoznanych" arcydzieł, które nie są wystarczająco docenione przez ludzi zmuszanych do ich poznawania?

A może mamy popaść w refleksję na temat pewnych przewartościowań dotykających kanonu książek narzucanych w szkołach przez świętą podstawę programową?

Nie wiem. Przynajmniej nie jestem tego do końca pewny. 

Najprościej jest śmiać się ze słabszych, niedouczonych, niedoinformowanych, z trudem dukających na temat... Cóż, na jakikolwiek temat. Jeżeli autorami cytowanych "dla beki" omówień są ludzie młodzi, którzy dopiero co szlifują język, można im wiele wybaczyć. Jeżeli już zdecydowali się naskrobać parę słów i wydobyć z siebie szczery jęk zawodu (lub głośne "Kurde, co ja czytam?"), też w pewnym stopniu jest to wartościowe, ponieważ mówi nam to coś o obrazie polskiego czytelnictwa. 

Większość, a może nawet wszystkie cytowane opisy czytelniczych frustracji dotyczą tak zwanego kanonu. Kanonu poznawanego w szkole, narzucanego przez nauczycieli (sam winny jestem tej patologi, gdyż w szkole pracuję), którzy z kolei muszą zrealizować wymagania podstawy programowej. Tak wygląda ten łańcuch.

Proszę mi wierzyć, że czasem razem z uczniami moimi (wcale zdolnymi bestiami) zastanawiamy się, jaki jest cel udręczania się archaicznymi tłumaczeniami "Króla Edypa", przegadanym i przeintelektualizowanym "Tangiem" lub mętną żeromszczyzną. Gdy uczniowie rok w rok pytają mnie o sens kolejnych wprowadzanych lektur (arcydzieł ponoć), coraz częściej łapię się na tym, że dołączam do chóru  w ów sens wątpiących. Mówię: "Widzicie, musimy to zrobić. Ja tej książki nie lubię, z wami może być różnie, ale to się może przydać na maturze." 

Uświadomienie istnienia egzaminu dojrzałości błyskawicznie zamienia nieprzekonanych w pilnych pokornie uznających wielkość lektury uczniów. Uznających oczywiście oficjalnie, pod kątem pracy klasowej, sprawdzianu lub wypracowania. Prywatnie mogą myśleć, co chcą...

Tak właśnie reagował polonista Bladaczka z "Ferdydurke", który obsztorcował nieszczęsnego Gałkiewicza, gdy ten dokonał coming outu i przyznał, że nie wzrusza go poezja Słowackiego. Gdy czytaliśmy te fragmenty w liceum, całym sercem byliśmy za owym uczniem, który nie tylko wykrzyczał ból istnienia, ale również obnażył fikcję i umowność każdego kanonu. 

(Myślicie, że w naszych ponowoczesnych czasach kanony mają się źle? Nie ma już hierarchii? To posłuchajcie sobie kultowej audycji słuchaczy Trójki - Topu Wszech Czasów. I spróbujcie przekonać kogoś z tysięcy odbiorców "Trójeczki", że "Brothers in arms" Dire Straits to nie jest najwybitniejsza porcja rocka napisana w XX wieku, a King Crimson to nie banda starych nudziarzy. Spróbujcie w takim towarzystwie być Gałkiewiczami...) 

Zmierzam powoli do centrum tej poszarpanej, pisanej od serca wypowiedzi. Być może składam w tym momencie donos na samego siebie, ale rozumiem tych czytelników, którzy nie dostają orgazmu w czasie lektury "Szewców", "Zbrodni i kary", "Pana Tadeusza", "Mistrza i Małgorzaty" czy innego "Hamleta". No co? Nie mają prawa? Jakim prawem nie mają prawa wygłosić swojego własnego, nieskażonego narzuconym im odczytaniem zdania? Dlaczego mają bać się wyrazić własną opinię? Nawet być może błędną.

Bo istnieją mądrale, prywatnie znienawidzeni przeze mnie arbitrzy (intelektualnej) elegancji, którzy poniżej Prousta nie schodzą? Którzy do toalety idą z kompletem dramatów Mrożka, a w wolnych chwilach szukają pocieszenia w słowiczych pieniach Keatsa? 

Pieprzyć ich. Tak jak to nakazywał Kant w swojej apoteozie Oświecenia. 

Fakt, że pieprzą arcydzieła literatury w sposób naiwny, pocieszny, daleki od pewnych standardów, to już kwestia edukacji. Ale edukacji czysto "technicznej", warsztatowej. To, przy odrobinie wysiłku i chęci, można wypracować. Niestety dużo trudniej naprawić złamany zdrowy czytelniczy rozsądek, który bardzo często słusznie alarmuje nas, że to blaga, ściema jakaś, ten cały kanon, te układy, układziki, hierarchie. 

A więc nie trzeba się bać tego, że się coś brzydko powie na Hemingwaya czy Witkacego. Pieprzyć ich, jeśli się nie podobają, nie zatruwaj sobie nimi życia. Te jest za krótkie na książki, które nie sprawiają przyjemności.

Pieprzyć, no chyba że się "Gazety Wyborczej" boicie...

7 komentarzy:

  1. Cóż... Ludzie lubią łechtać sobie ego, wykazując swoją "wyższość" nie zastanawiając się nawet, jak żałosnym to jest. Tego typu inicjatywy (jak właśnie Recenzje z Lubimy czytać, ale i wiele podobnych by się znalazło) są przykre, ale i szalenie popularne, bo wyśmiewanie innych jest proste, nieskomplikowane i pozwala na chwilę poczuć się "kimś lepszym". A że trzeba mieć odwagę, by wyrazić własne zdanie, tym bardziej sprzeczne z tym "ogólnie przyjętym", kogo to obchodzi! Łatwiej niczym ta owca pójść za tłumem...
    Smutne to :(
    A jedyne co pozostaje, to zdystansować się i robić swoje, bo malkontentów nigdy nie zabraknie a szkoda życia i zdrowia, by się nimi przejmować :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O kanonie lektur mogę powiedzieć jedno: jest kompletnie bez sensu...
    Jako mól ksiązkowy od niepamiętnych czasów do wielu autorów zraziłam się właśnie przez takie przymusowe czytanie a to Sienkiewicza, a to Żeromskiego. Inna sprawa, ze będąc już dorosłą osóbką jakimś cudem takie "Przedwiośnie" pochłonęłam w dwa wieczory...

    Z całej tej "afery" najbardziej w głowie siedzi mi świadomość, że to nie chodzi o to, jak głupie są cytowane opinie. Chodzi o to, że ci użytkownicy lubimyczytac nie zostali nauczeni podstaw. Bo naprawdę, o ile za większość cytatów odpowiadają ludzie bardzo młodzi, o tyle z własnego doświadczenia wiem, że jest od groma dorosłych "czytających", którzy mają podobne absurdalne niekiedy zdanie o konkretnych książkach.

    I tak ja klasykę należy czytać, tak nie należy do niej zmuszać. Można zachęcać, wręcz powinno się zachęcać, ale z głową. Tylko w szkole na pogadanki o ciekawostkach nigdy nie było za dużo czasu. Liczył się program i klucz. Smutne.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja tez pracuję w szkole. Uwielbiam literaturę - choć polskiej nie faworyzuję - duzo czytam, polonistki na przestrzeni moich uczniowskich lat były rożne, ale fakt, ze po maturze świadomie wybrałam studia polonistyczne, uwazam wciąż za jedną z lepszych decyzji w moim zyciu. Zaznaczywszy to, chcę dodać, że fanpage "Recenzje z Lubimy Czytać" po prostu mnie nieziemsko bawi.
    Nie oszukujmy się w kwestii kanonu - on jest potrzebny. Potrzebna jest nam podstawowa wiedza o Żeromskim, Słowackim, Gombrowiczu, Orzeszkowej i wielu innych z naszego podwórka. I nie tylko naszego przecież. Takie przyznawanie się przed uczniami, że "sorry, ja też nie lubię, to głupie, ale no wiecie, matura", to średnio dojrzałe podejście, które w poradzeniu sobie z naprawdę nudnymi tekstami niespecjalnie pomaga. Ale to już pozostawiam indywidualnym doświadczeniom.
    Artykuł z Wyborczej uważam za dość celny - wątpiąc i myśląc po swojemu, można dużo sobą zaprezentować i jeszcze więcej osiągnąć. Przestarzały kanon nie ma z tym nic wspólnego, bo to po prostu system oceniania jest błędny - a egzamin dojrzałości wadliwy jeszcze bardziej.
    Ja cieszę się, że mogę powiedzieć, że "Quo vadis" i "Pan Tadeusz" to jedne z moich ulubionych książek, czytane dziesiątki już razy, prywatnie, dla własnej przyjemności. Jednocześnie głęboko wierzę, że Sienkiewicz popełnił w swoim życiu więcej grafomanii niż prawdziwej literatury i chętnie pozwolę każdemu uczniowi na taką opinię, o ile będzie w stanie logicznie to udowodnić. Więc zostawmy kanon na razie w spokoju, to on kształtuje nasze gusty literackie, a szkolnictwo w Polsce ma w tym momencie dużo poważniejsze problemy niż nielubiane klasyki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kaon kształtuje nasze gusty literackie, ale tylko wtedy, gdy jest czytany świadomie. Jako lektura obowiązkowa, czytana na zajęcia z polskiego "bo matura" nic nie kształtuje, chyba że uczeń odrzuci klasykę całkowicie - taki efekt bardzo często się pojawia.
      Sama czytałam lektury w szkole, większość mi się nie podobała, ale oczywiście przyznać się do tego nie można było. Na studiach polonistycznych zaczęłam dostrzegać pewne elementy, które w tych książkach zasługują na uznanie. Ale nie są to te, o których mówi się w szkole. Po prostu, znając już szerzej realia, wiedząc o autorach więcej i potrafiąc znaleźć wspólne motywy w różnych utworach, to w jaki sposób się wiążą lub nie, mogłam klasykę docenić. Szkoła uczy tylko pod klucz, nie pozwala swobodnie myśleć o książkach i w taki sposób nic nie kształtuje, niczego w temacie nie uczy.

      Usuń
  4. Odnośnie kanonu lektur jest jeszcze jedna kwestia. Już pal sześć, czy to się komuś podoba, czy nie, bo w końcu nie musi. Gorzej jest, ze te mętne lektury trzeba interpretować tylko w jedynie słuszny sposób. Nie można interpretować Wokulskiego jako nie do końca normalnego stalkera z obsesją na punkcie Izabeli, on zawsze będzie uosobieniem romantycznej miłości w pozytywistycznym sercu, och jak bardzo tragicznym. To jest chyba nawet groźniejsze dla czytelnictwa, no bo utrudnia dojście do tego, dlaczego dana książka nam się nie podoba (a to, wbrew pozorom, wcale nie jest taka oczywista umiejętność - konkretne wskazanie, co nam się w tym czy tamtym utworze nie podoba), a bez tego nie będziemy umieli omijać tych niefajnych utworów i możemy łatwo dojść do wniosku, ze czytanie to w ogóle jakieś same kwasy i smuty...

    OdpowiedzUsuń
  5. Męki lektur szkolnych mam już dawno za sobą, niektóre mi się podobały, niektóre nie, większość przeczytałem i z perspektywy lat nie żałuję. Może dlatego, że trafiłem na dobrych polonistów, a i szczęście miałem do polonisty wybitnego, który archaiczną Antygonę potrafił przedstawić jako coś ciągle aktualnego. Ale to trzeba potrafić. Oczywiście można kanon przykroić pod oczekiwania młodzieży i zamiast "Mistrza i Małgorzaty", "Zbrodni i kary" i "Hamleta" zaproponować "50 twarzy Greya", "Zaćmienie" i "Morfinę" - tylko nie ma się co potem dziwić, że ktoś będzie sobie robił "bekę" z ćwierćinteligentów wystawiających się ochotniczo na pośmiewisko.

    OdpowiedzUsuń
  6. To, że komuś się klasyka nie podoba jestem w stanie zrozumieć. Sama nie przepadam za Słowackim, a Dostojewskiego, Prousta i Manna nie jestem w stanie przeczytać. A uważam się za czytelnika w miarę świadomego i takiego, któremu z klasyką zdecydowanie "jest po drodze".
    I dlatego nie przeszkadzają mi opinie, że książka X jest nudna, a w książce Y forma przerasta treść. O gustach się nie dyskutuje. Również nie mam nic przeciwko interpretowaniu tekstu po swojemu a nie według jakichś wyższych wytycznych (chociaż maturzystom doradzałabym jednak ich trzymania się - niestety aktualnie kreatywność na maturze nie jest mile widziana).

    Gorzej, że lwia część tych wypowiedzi obnaża totalną ignorancję ich autorów.
    Dlaczego Mickiewicz pisał "Litwo, ojczyzno moja" a nie "Polsko, ..."? Bo, kurczę Litwinem był!!! Wystarczy przeczytać chociażby najkrótsza notkę biograficzną i ten fakt jest tam podany.
    "Dziady" pisane jak scenariusz? No, przecież to dramat jest, to jak ma niby być pisany???
    Czemu "Antygona" dzieje się w jednym dniu? Bo w dramacie antycznym była zasada jedności czasu???

    Nie, takich głupot nie jestem w stanie zdzierżyć.
    Mam wrażenie, że ostatnio panuje moda na to żeby być jak największym kretynem i wszędzie się swoją głupotą chwalić. Trudno, będę zacofana i niemodna...

    OdpowiedzUsuń