wtorek, 21 marca 2017

Co było, a nie jest, czyli nie żal mi małych księgarni

Wiem, że pewnie część z Was mnie znielubi po tym wpisie. Trudno. 

Zacznę z grubej rury. Nie lubię księgarń i nie kupuję książek w księgarniach. Ani w dużych, ani w małych, ani w sieciowych, ani w rodzinnych. Nie. I mam swoje powody, których nie obawiam się użyć jako argumentów.

Nawet w największych księgarniach rzadko kiedy znajdę coś, co mnie skłoni do zakupu i szczerze powiedziawszy nie pamiętam już, kiedy ostatnio z jakiejś księgarni wyszedłem ściskając egzemplarz wypatrzonego dzieła. I nie chodzi tutaj o to, że w sumie najbliższa jako taka księgarnia odległa jest o około 20 kilometrów. Nie. Ja po prostu nie widzę na tych wszystkich półkach czegokolwiek, co mogłoby mnie zaciekawić. Nie ma nic, czego bym pragnął. Nic, bez czego nie mógłbym się obyć. 

(Dodajmy, że miesięcznie spływa do mnie z 5-6 książek. Z rzadka nowości, częściej antykwaryczne znaleziska.)

W mojej mieścince istniała przez parę lat malutka księgarnia. Pawilonik szczelnie wypchany wszelkiego rodzaju książkami. Od biografii, przez akwarystykę po fantastykę dla młodzieży i książki kucharskie. Wchodziłem tam czasem, zamawiałem coś (oczywiście zamawiałem, bo księgarz nie miał na miejscu tego, co by mnie interesowało) i czekałem parę dni na przyjście towaru. Księgarnia jednak nie mogła utrzymywać się z nielicznych zamówień wiernych klientów. 

Gdy księgarnia przeżywała swoją agonię (wieczna przecena tego, czego nikt nie chciał czytać), przechodziłem obok, odwracając wzrok. Robiło mi się niewymownie smutno. Żal jakiś ściskał serce. A potem przyszło zrozumienie. Jaki sens mają tego typu miejsca, w których teoretycznie jest WSZYSTKO, a tak naprawdę nie ma NIC? Czym różni się taka księgarnia od innych punktów handlowych, w których znajdziemy "1001 drobiazgów"? Chyba niczym, Oprócz tego, że zamiast dupereli z Chin znajdziemy książkowe buble pomieszane z wartościowymi tekstami. No ale te wartościowe w większości albo już znamy, albo nas nie interesują... 

Księgozbiór uzupełniam myszkując w Internecie. Tanie księgarnie, antykwariaty, strony samych wydawnictw - to tam znajduję książki, których szukam. I tam wszystko znajduję.

Wszystkie te myśli zaczęły się kłębić, gdy w Sieci zawrzało na temat jednolitej cen książki. Książka ma mieć roczny okres ochronny przez pierwszy rok. Zwolennicy tego pomysłu zakładają, że dzięki temu zyskają małe księgarnie, które nie mogły do tej pory konkurować z molochami. Molochy miały zawsze niższe ceny i liczne promocje. 

A moim zdaniem tego typu pomysły wcale nie uratują archaicznej koncepcji księgarni. Ja (i myślę, że nie tylko ja) omijam księgarnie (małe i duże) nie dlatego, że ceny są takie, a nie inne. Omijam, bo księgarnie stacjonarne nie oferują mi niczego, czego nie mógłbym znaleźć w Sieci. Nie da się zawrócić kijem Wisły. 

Ja wiem, ja wiem... Małe księgarnie, miasteczka żydowskie, klimat, zapach, usłużny miły księgarz, kot śpiący na rzędach starych woluminów...Rozumiem, ale już nie czuję.

Powiem Wam tak - gdybym trafił szóstkę w Dużego Lotka i kupiłbym sobie księgarnię (o czym kiedyś marzyłem), to mój los byłby przykładem najromantyczniejszego bankructwa w historii cywilizacji...

4 komentarze:

  1. Chociaż boli to co piszesz to jest to niestety prawda. Przez sentyment by się chciało ale już sami dostrzegamy, że i tu postęp robi swoje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jestem cholernie sentymentalny i gdy wracam do rodzinnego miasta, to zawsze odwiedzam malutki antykwariacik, którego właścicielka zna mnie od 20 lat. Czasem coś kupię, ale... Cóż, często z przyzwyczajenia, na siłę nieco. Ech, szkoda tych miejsc, ale czas robi swoje i sens moim zdaniem mają tylko specjalistyczne księgarnie, a nie takie mydło-powidło. Gdybym ja miał księgarnię, to na jednej ścianie miałbym półki z fantastyką, na drugiej z poezją. I koniec.

      Usuń
  2. Ja chyba jestem po prostu zbyt mało wybredny i zbyt łatwo pobudzić można mą ciekawość. Książek w małych księgarniach nie kupuję wiele, ale regularnie nawiedzam np. poznański Bookarest. Ale nie mam żadnych sentymentów ni emocjonalnych powiązań z żadną księgarnią. Regularnie nawiedzam antykwariaty, a najwięcej książek to chyba kupiłem w lumpeksach. Z jednej strony nie dziwię się, że nie będzie po nich płakał, ale mimo wszystko uważam, że ich upadek byłby stratą. Choć tak w zasadzie bardziej jest odzwierciedleniem marnego stanu czytelnictwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wyobraź sobie, że dziś w Bookareście byłem i się posnułem między półkami. Omal nie kupiłem tekstów Młynarskiego.

      Usuń