poniedziałek, 6 marca 2017

Literatura jak fake news, czyli casus Remigiusza M.

Od kilku dni książkowe internety żyją sprawą niejakiego Remigiusza M., który podszywając się pod skandynawskiego pisarza o swojsko (dla Skandynawów) brzmiącym nazwisku  Ove Løgmansbø wydał trylogię powieści kryminalnych dziejących się na Wyspach Owczych. 

Remigiusz M. (ustami wydawnictwa) w następujący sposób tłumaczy swoje zachowanie: 

Pisanie pod pseudonimem ma w literaturze długą historię, a autorzy decydują się ukryć swoją tożsamość z różnych względów. Można tu przywołać chociażby J.K. Rowling i jej powieści napisane pod pseudonimem Robert Galbraith, które ukazują się w naszym wydawnictwie. Autorka chciała sprawdzić swoje pisarskie umiejętności, nie będąc ocenianą przez pryzmat znanego nazwiska. Na podobny pomysł wpadł Remigiusz Mróz – chciał sprawdzić się w roli autora skandynawskich kryminałów. Wydaliśmy dwie książki napisane pod pseudonimem Ove Løgmasnbø, które spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem, wkrótce ukaże się „Prom”, czyli trzecia część cyklu. Okazuje się jednak, że utrzymywanie tajemnicy przez tak długi czas, nie jest łatwe, zwłaszcza przy zainteresowaniu mediów. Nie było łatwo cały czas tłumaczyć, dlaczego Ove nie może osobiście udzielić wywiadu.

Cóż więc tutaj mamy? Same słodycze. Coś, nad czym nie można przejść obojętnie. 

1) Tragiczny nieporozumieniem jest porównywanie występku Remigiusza M. do działania pani Rowling lub innych pisarzy, którzy rezygnując ze swojego najbardziej rozpoznawalnego oblicza, zaczynają "od zera" w zupełnie innej stylistyce, innym gatunku, innym rodzaju nawet.

Maciej Słomczyński napisał pod pseudonimem Joe Alex kilka kryminałów - absolutnie klasycznie zbudowanych, matematycznych niemal, wzorcowo realizujących formułę "zamkniętego pokoju." Pisał kryminały pod przyciągającym wzrok pseudonimem, bowiem w czasach PRL-u "zachodnio" brzmiące nazwisko miało wabić, elektryzować. Sam Słomczyński zaś nie przestawał oddawać się swojej największej pasji - tłumaczeniu. Joyce'a i Szekspira. Widać różnicę? 

Remigiusz M., kierowany zapewne pierwszym z siedmiu grzechów głównych (dla leniwych - pychą), chciał się po prostu sprawdzić na tym polu, na którym czuje się najlepiej. Nie zrzucił skóry autora powieści kryminalno-sensacyjnych. Niczym nie zaryzykował. Nie musiał. Nie ma obowiązku ryzyka w literaturze, ale niesmak, wywołany podobnymi intencjami, pozostaje na długo. 

Równie dobrze można pomalować sobie twarz na czarno i spróbować swoich sił w gangsta rapie. I gdy nam wydadzą jako taką płytę, którą kupią ziomki z polskich blokowisk, zmyć makijaż i powiedzieć: "A ku ku! To ja!"  

2) Magiczna literka  ø Znak rozpoznawczy skandynawskich autorów. Egzotyka, tajemnica i dreszcz. Polscy czytelnicy zostali uwiedzeni skandynawskimi kryminałami, skandynawską prozą w ogóle. Sąsiedzi zza Bałtyku skusili nas posępną atmosferą, zgrabnie ujętym tłem obyczajowym, pewnym eleganckim spleenem. Kiedyś też to lubiłem, ale przestałem, gdy dotarło do mnie, że szwedzki kryminał jest zbudowany na kłamstwie, które pomija prawdziwe, a nie wyimaginowane problemy Skandynawii. A kryminałom "społecznym" nie wolno zamykać na pewne sprawy oczu...

A więc literka sponsorująca ten post miała zahipnotyzować czytelników i zmusić ich do zakupu. No bo czyż nie o to w tym całym sporcie chodzi? Ma się sprzedać, a więc obstawiamy szybkiego zawodnika, nie czarnego konia, który niekoniecznie musi czytelnikom odpowiadać. 

(Remigiusz M. musiałby wtedy swój kryminał umieścić na Kurylach, na Wyspach Zielonego Przylądka lub na jakiejkolwiek innej smutnej jak pizda wyspie, no ale wtedy naszym czytelnikom nie otworzyłaby się klapka z napisem "SKANDYNAWSKI KRYMINAŁ" i wydawcy nie zwróciłyby się koszty...) 

Wydawca był do tego stopnia sprytny (no dobra, wyrachowany), że szata graficzna książek pisarza z literką ø w nazwisku ewidentnie nawiązuje do okładek prawdziwych, a nie farbowanych skandynawskich kryminałów. Czytelnik siłą rozpędu rzuca się na powieść wystylizowaną w 100%, od nazwiska przez blubry po fabułę i grafikę, powieść, łykając z całym dobrodziejstwem inwentarza ten produkt. Zasłony fikcji były bardzo grube i nie wierzę, że odkrycie prawdziwej tożsamości autora było wymuszone przez niemożliwość utrzymywania tej mistyfikacji w tajemnicy. 

Po prostu Wydawca i Remigiusz M. doszli zapewne do wniosku, że odpalą bombę (w wiadomym celu, $$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$) i angażując w to wszystko telewizję, wyspowiadali się publicznie z zabawy, jaką zafundowali czytelnikom. Wszyscy mieli klaskać i wiwatować, ale najwidoczniej nie wszyscy lubią być oszukiwani...

3) Któryś z klasyków literatury sensacyjne (wiecie, jakiś Follett czy Ludlum) powiedział, że jeżeli chce się napisać powieść dziejącą się na platformie wiertniczej, powinno się przynajmniej przez miesiąc popracować na platformie wiertniczej. Proste? Nie dla wszystkich najwidoczniej. 

Remigiusz M. przyznaje się bez większego poczucia zażenowania, że wszelkie potrzebne informacje dotyczące Wysp Owczych (a tam umieścił swoje farbowane kryminały) zebrał z Internetu:

Przygotowywałem się do pisania czytając po polsku i angielsku wszystko, co było dostępne. Oglądając zdjęcia zamieszczane w internecie przez Farerów, kręcone przez nich filmiki, prowadzone blogi etc. Słuchając rozgłośni bez pojęcia o tym, co mówią prezenterzy. Analizując mapy, historię i zależności z Danią, które na początku wydawały się enigmą. Słuchając farerskiej muzyki podczas biegania, oglądając ichniejsze programy telewizyjne, przeglądając codzienne newsy i zbierając wszystkie wrażenia tych, którzy pewien wulkaniczny archipelag na Morzu Norweskim odwiedzili…

Jeżeli jeszcze nie widzicie komizmu sytuacji, to radzę poczytać recenzje zachwyconych czytelników, którzy docenili walory Wysp Owczych, ich "tajemniczą atmosferę, egzotykę, klimat, malowniczość." Zacytowałby co lepsze kawałki, ale nie będę robił wstydu ludziom, których Remigiusz M. oszukał.  Jeśli mają oni odrobinę samoświadomości, powinni swoje recenzje czym prędzej usunąć. Wszak liczyli oni na kawałek "autentycznej" prozy, a dostali tylko wyrób czekoladopodobny, efekt internetowych wojaży, owoc płaszczenia tyłka przed monitorem. 

4) Remigiuszowi M. udało się jednak zrobić jedną wartościową rzecz, nieświadomie ale jednak. Odsłonił przed czytelnikami nie tylko mechanizmy wabienia czytelników, którzy tylko klientami są i nigdy nie byli czymkolwiek innym. Ale również polscy czytelnicy powieści głównonurtowych mogli przejrzeć się w krzywym zwierciadle całej afery, by ujrzeć własne głupie miny.

Mój kolega miał takie powiedzenie - "Zrobić kogoś jak chłopa w sądzie." Tak, polscy czytelnicy zostali tak właśnie potraktowani. I od nich teraz zależy, co z tym zrobią. Mogą odwrócić się od nieciekawych praktyk wydawniczo-autorskich lub dalej udawać, że czytają "skandynawskie powieści kryminalne z bogatym obyczajowym tłem."

PS

Dużo powietrza zostawiłem w tym poście. Jest co dopowiadać lub komentować. Zapraszam, ale się nie narzucam.

12 komentarzy:

  1. Jak to dobre, że fantastykę czytam. Tutaj o czym by autor nie pisał, to i tak wiadomo, że zmyśla, więc nie czuję się oszukana, gdy domniemana autentyczność okazuje się nieautentyczna.

    Dziwny ten eksperyment (czy co to tam miało wg wydawcy i autora być). W sumie niczego nagannego w chęci sprawdzenia, czy uda się wiarygodnie udawać Skandynawa nie widzę - artystom (lub wanna be artystom) nie takie rzeczy do głowy przychodzą (przy czym z Twoim akapitem o Rowling nie do końca się zgadzam, bo miała już za sobą "Trafny wybór" - powieść spoza gatunku, z którym ją kojarzono. Jej decyzję o pisaniu pod pseudonimem też uważam za w pewnym stopniu wyraz próżności - w końcu gdyby nie to była tylko czysta chęć sprawdzenia się, to by się nie ujawniła). Trochę za to dziwi mnie, że sprawę akurat teraz ujawniono - lepiej by to wszystko wyglądało, gdyby zrobili to po pierwszym albo po trzecim tomie. Ale ja środowiska kryminalnego nie śledzę, może coś mi umyka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. piękna wypowiedź.
      mam tak samoooo jak Ty...
      fantasty a w niiiiimmm...
      najpiękniejsze me sny ;D

      Usuń
  2. Cały czas mam nadzieję, że to żart. Że autor, którego cenię za pokorę nie nadął się jak balon i nie uznał, hej oddam klimat Wysp owczych dzięki google street view.
    Cały wczorajszy dzień miałam nadzieję, że to prima aprillis.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dobra - nie znam się na ludziach ;/

      Usuń
    2. Nie no, może ja się nie znam, ale pokora to ostatnie słowo, jakiego bym użył w jego przypadku. Ale znam człowieka z internetów, może na żywo zyskuje :)

      Usuń
  3. Oj, Tomaszu, nie od kilku dni, tylko od jednego dnia te internety huczą :) Ale poniekąd rozumiem wrażenie, że od kilku, bo tego jest dużo :D

    A co do usuwania recenzji powieści - mam na blogu takie dwie i usuwać nie zamierzam, no bo kompletnie nie rozumiem dlaczego. Przeczytałam, wrażenia odniosłam, lepsze i gorsze. Fakt, że autor kawałka stopy na wyspach nie postawił, nie determinuje mojego odbioru powieści.
    Zgrzyta za to, jak ziarnko piasku w zębach, to "odkrycie się" w niezwykle dogodnym marketingowo momencie, gdy dwie książki leżą i czekają na nabywcę, a trzecia ukaże się lada chwila.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym usuwaniem to miałem na myśli to, że spora część chwaliła "Mroza" za dobre i ciekawe, "atmosferyczne" opisanie Wysp Owczych. Jak też oni muszą się czuć, gdy odkrywają, że zachwycają się literackimi opisami rodem z Google Street View?

      Usuń
  4. Ja myślę, że Pan Mróz idealnie pasuje do pani Bondy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się. Pamiętam, jak Bonda jeździła samochodem po całej Polsce i z bagażnika sprzedawała książki. Taki patent promocyjny. Już wtedy wiedziałem, że literatura w Polsce (przynajmniej ta głównego nurtu) idzie w naprawdę żenującym kierunku.

      Usuń
  5. W słowach niezrównanego trenera Wójcika "Kasa, misiu, kasa". Według mnie do tego to wszystko się sprowadza. Wydawca oraz/lub autor uznali, że dobrze będzie spieniężyć popularność skandynawskiego kryminału, a widocznie zbyt kłopotliwe było szukanie potencjalnego kandydata w Skandynawii i jeszcze go tłumaczyć, więc stworzyli sobie własnego. Widocznie popularność serii okazała się nie tak duża jak liczyli i uznali, że nieco zamieszania pozwoli im podreperować budżet. Chciałbym, by zwróciło się to przeciw nim, ale tak w zasadzie nie mam złudzeń. Cała wartość literacka lub jej brak jest tu, według mnie, kwestią trzeciorzędną, a wszelkie tłumaczenia o chęci sprawdzenia się trzeba między bajki włożyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słusznie prawisz, słusznie. Coś się włożyło, coś trzeba wyciągnąć. A trzeciorzędna jest nie tylko wartość literacka, ale również trzeciorzędną wartością są sami czytelnicy. Smutne...

      Usuń